Lubię ciszę, ale także dobrze czuję się słuchając. Nie mam jednak upodobania w czymś, co rozmywa się w tle innych dźwięków, ale w konkretnym przekazie muzyki czy słów. To, czego słucham, musi mnie nasycać albo swym brzmieniem albo treścią, którą niesie. Nie lubię rozmawiać z ludźmi gadatliwymi, którzy wyrzucają z siebie potok nic nieznaczących komunikatów. Ilu z nich można by uniknąć. Wydają się być zbędne, przeszkadzające w odbiorze, zniechęcające do interakcji.
Od jakiegoś czasu mam problemy z gardłem i dłuższe mówienie powoduje, że wieczorem muszę bardzo oszczędzać głos, a czasami wypowiadać słowa szeptem. Wtedy wybieram tylko to, co istotne do powiedzenia.
Myślę, że żyłoby się nam o wiele lepiej w naszych rodzinach, społecznościach, gdybyśmy wypowiadali tylko, to co ważne, prawdziwe, potrzebne, gdybyśmy nie produkowali nic nie znaczących słów, komunikatów, które niosą zamieszanie, czasem ból, które są czczymi obietnicami, niepotrzebnymi komentarzami.
Słowa mają moc. Mogą sprowadzić na nas błogosławieństwo lub przekleństwo. Doskonałym przykładem tego jest prorok Chananiasz, który w swojej pysze i głupocie, własne słowo, o wyzwoleniu z niewoli babilońskiej, przedstawia jako proroctwo Boga. Takie postępowanie ściąga nie niego śmierć.
„I rzekł prorok Jeremiasz do proroka Chananiasza: Słuchaj Chananiaszu! Pan cię nie posłał, ty zaś pozwoliłeś temu narodowi żywić zwodniczą nadzieję. Dlatego tak mówi Pan: oto usunę ciebie z powierzchni ziemi. Umrzesz w tym roku, bo głosiłeś bunt przeciw Panu. I zmarł prorok Chananiasz w tym roku, w siódmym miesiącu.” (Jr 28, 15-17)
Powinniśmy uczyć się właściwego używania naszego języka, który jest przecież darem od Boga. Jezus jest mistrzem komunikacji, najdoskonalszym przykładem człowieka, który nigdy nie wypowiadał niepotrzebnych słów. To, co mówił do ludzi, apostołów, poprzedzone było zawsze spotkaniem z Ojcem, na osobności, wypływało z Jego, zjednoczonego z Miłością Najwyższą, serca. Takie słowa trafiały zawsze w sedno. Kiedy trzeba pocieszały, gdy konieczne było ostro upominały. Wycelowane jak strzała leciały prosto tam, gdzie powinny i czyniły to, co było potrzebne, zmieniały rzeczywistość.
Dzisiaj w Ewangelii Jezus zwraca się w bardzo konkretnych poleceniach do apostołów:
„Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść.” (Mt 14, 16b)
„Przynieście mi je tutaj.” (Mt 14, 18)
A następnie odmawia błogosławieństwo nad chlebami i rybami. Jego słowa sprawiają cud rozmnożenia, cud nasycenia, cud, który ukazuje rolę uczniów, czyli także nas, w świecie. My także możemy i powinniśmy, w zjednoczeniu z Chrystusem, wypowiadać słowa, które będą sycić, dawać, przemieniać.
Mam taki zwyczaj, że zawsze przed wizytą u znajomych lub przed przyjęciem gości w naszym domu, modlę się, aby czas, który będziemy spędzać razem był dla nas dobry, ubogacający, byśmy mogli się naprawdę spotkać. I tak się dzieje. Rozmowy umacniają, przybliżają do ludzi i do Boga.
Psalm mówi:
„Nie odbieraj moim ustom słowa prawdy,
Bo ufam Twoim wyrokom.” (Ps 119(118), 43)
Módlmy się zatem do naszego Boga, aby nauczył nas używania języka we właściwy sposób, tak by nasze słowa nigdy nie raniły, nie były puste i nic nieznaczące, ale zawsze wypowiadane były z miłością, delikatnością, wypływającą z naszego, zjednoczonego z Bogiem, z serca.