Jak zawsze, przed Świętami Wielkanocnymi, nosiłam w sercu pragnienie, by przeżyć ten szczególny czas w zjednoczeniu z Bogiem, by skupić się na tym, czego Chrystus dokonał dla naszego Zbawienia, być przy Nim, trwając na modlitwie. Wszystko potoczyło się jednak trochę inaczej niż sobie wymarzyłam. Właśnie w Wielkim Tygodniu przeżywałam duże rozproszenia, ciężko było mi się skupić, by w sposób, po ludzku zadowalający, przeżyć liturgię Wielkiego Czwartku i Piątku. (Z Sobotą było już lepiej). Zastanawiałam się dlaczego tak jest. Dlaczego w zwykłym czasie bardziej odczuwam bliskość Boga, niż w tych wyjątkowych w roku dniach. Dlaczego właśnie teraz wychodzą na wierzch moje słabości, to wszystko, co wciąż jeszcze dalekie od miłości.
Nie udawałam przed Bogiem, że jest mi łatwo i że bardzo nabożnie przeżywam ten Święty Czas. W szczerości opowiedziałam Mu o moich problemach, o tym, co się we mnie dzieje i oddałam Mu to wszystko z ufnością. Radość Zmartwychwstania objawiła się u mnie głębokim przeświadczeniem, że Jezus jest ze mną w każdej sytuacji – zarówno w chwilach duchowych uniesień, jak i trudów, które przeżywam, wtedy, gdy widzę moją słabość, nie mogę skupić się na modlitwie, wykrzesać z siebie miłości do Niego i do drugiego człowieka.
To mnie właśnie zachwyca w Zmartwychwstałym i wlewa w głębiny mego serca potęgę radości. Bóg przyjmuje mnie taką jaką jestem, pozwala mi przeżywać różne stany emocjonalne i duchowe, zawsze trzymając mnie w swojej dłoni. Nieustannie mogę być pewna Jego miłości. Właśnie wtedy, gdy doświadczam pustki, głodu, ciemności On jest najbliżej mnie. Pozwala, bym zajrzała do grobu, do moich ciemności, napełniając mnie pewnością, że On wszystko zwyciężył, że jest ponad tym, co mnie trapi, niepokoi, zasmuca.
Myślę, że doskonale widać to w sytuacji, którą opisuje dzisiejsza Ewangelia:
„Maria Magdalena stała przed grobem, płacząc. A kiedy tak płakała, nachylił się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa – jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: Niewiasto czemu płaczesz? Odpowiedziała im: Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: Niewiasto czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik powiedziała do Niego: Panie, jeśli Ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę. Jezus rzekł do niej: Mario! A ona, obróciwszy się, powiedziała do Niego po hebrajsku: Rabbuni, to znaczy: Mój Nauczycielu!” (J 20, 11-16)
Pan Jezus nie ukazał się Marii Magdalenie od razu. Pozwolił jej wypłakać się, odczuć pustkę. Stał za nią, patrząc na jej ból, na to jak zaglądała do grobu, dostrzegając jej niemoc. Umożliwił jej, by wypowiedziała, co ją dręczy, co jest powodem jej smutku. Chciał, by doświadczyła palety przeżyć tak bardzo ludzkich, naturalnych dla każdego z nas, w sytuacji straty, żałoby. Nie uchronił jej przed nimi, pozwolił, by się z spotkała z tym wszystkim, co wybrzmiewało w jej sercu.
Bóg nigdy nie gorszy się tym, co nosimy w naszych wnętrzach. Nie ignoruje tego. Nie narzuca nam, co powinniśmy odczuwać, nie dzieli uczuć na dobre i dozwolone oraz na takie, których nie możemy doświadczać. Wszystko, co jest w nas, jest prawdziwe i potrzebne. Naszym zadaniem jest jednak nie dać się tym stanom pochłonąć, lecz oddawać je Bogu w zaufaniu, że On je przyjmuje i zwycięża.
Bądźmy zawsze szczerzy przed obliczem Pana. Tylko wtedy dajemy Mu szansę, by mógł działać i przemieniać nas. Nie bójmy się wejść do tego, co jest naszym grobem, co nas trochę przeraża i przerasta, z czym nie potrafimy sobie poradzić. Pamiętajmy, że Ten, który zwyciężył śmierć, grzech i szatana jest zawsze z nami.