Kiedy nasz syn miał około dziesięciu lat wyszedł, pewnego popołudnia, na dwór, aby pobawić się ze swoją koleżanką. Zostałam z malutką Faustynką, zadowolona, że Paweł może spędzić miło czas. Niestety, kiedy nadeszła ustalona przez nas pora jego powrotu, nie pojawił się w drzwiach. Poczekałam chwilkę, po czym wyszłam, trochę zniecierpliwiona, na plac zabaw, żeby zabrać go do domu. Ku mojemu zdziwieniu nie było go tam i w kilku innych miejscach, w których mogłam się go spodziewać. Wszystko działo się zimą, więc z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej. Wsadziłam szybciutko Faustynkę do fotelika rowerowego i pomknęłam na poszukiwania. Przejechałam całą miejscowość, a po Pawle jakby ślad zaginął. Była to pora kolacji, więc uliczki zionęły pustką. Pojechałam do koleżanki, z którą Paweł się bawił. Informacja, którą od niej otrzymałam przestraszyła mnie bardzo. Okazało się, że nasz syn gdzieś uciekł, po tym jak był zaczepiany przez starszych od siebie kolegów. W mojej głowie pojawiły się niezbyt optymistyczne obrazy. Było zupełnie ciemno i bardzo zimno. Objeżdżałam, bez skutku, wszystkie możliwe miejsca. Modliłam się na głos, błagałam Boga o pomoc. Wtórowała mi przy tym dwuletnia córeczka. Co jakiś czas podjeżdżałam pod dom, żeby sprawdzić, czy Paweł wrócił. Po około półtorej godzinie przyprowadziła go dużo starsza od niego dziewczynka. Był zziębnięty i przestraszony. Nie umiem opisać radości, która wtedy rozpaliła moje serce. Dziękowałam Bogu, że Paweł jest przy mnie, że nic złego już mu nie grozi. W tym momencie liczyło się dla mnie tylko to, że on jest bezpieczny, że jest tam, gdzie jego miejsce – w domu.
Zagubienie się ukochanego przez nas dziecka napełniło mnie i mojego męża przerażeniem i smutkiem. Jedyne, czego pragnęliśmy było odnalezienie go, sprowadzenie do domu, przytulenie, upewnienie się, że nic złego nie może mu się stać.
A czyż Bóg, który tak bardzo miłuje każdego z nas, który oddał swego Jednorodzonego Syna, abyśmy mogli żyć, nie cierpi, gdy oddalamy się od Niego, gdy wybieramy miejsca groźne i ciemne, zamiast przebywania w Jego świetle?
I przeciwnie: czyż może być dla Niego coś bardziej radosnego niż nasz powrót, nasze odnalezienie się?
W dzisiejszej Ewangelii czytamy:
“Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak się wam zdaje? Jeśli ktoś posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich, to czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się błąka? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło nawet jedno z tych małych”. (Mt 18, 12-14)
Bóg jest Ojcem, który nieustannie poszukuje swoich zagubionych dzieci, który z niegasnącą gorliwością pragnie uchronić nas przed, niosącym śmierć, trwaniem w grzechu. Odnalezienie zagubionego dziecka zawsze wyzwala w Nim ogromną radość.
O, jakże pożyteczne dla nas jest usłyszeć Jego nawoływanie, Jego pełen troski głos, który zaprasza do powrotu, do rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Jakże zbawienna dla naszego życia jest nasza metanoia – zmiana myślenia - z tego opartego na czysto ziemskich kryteriach na to, które uwzględnia prawa Bożego Królestwa, które na pierwszym miejscu stawia miłość.
Każdego dnia, w Adwencie, Bóg przekonuje nas w swym Słowie o miłości i zatroskaniu o każdego człowieka. Zaprasza nieustannie do tego, by oprzeć się na Nim, by uwierzyć w Jego dobroć:
“Oto Pan Bóg przychodzi z mocą i ramię Jego dzierży władzę. Oto Jego nagroda z Nim idzie i przed Nim Jego zapłata. Podobnie jak pasterz pasie On swą trzodę, gromadzi ją swoim ramieniem, jagnięta nosi na swej piersi, owce karmiące prowadzi łagodnie”. (Iz 40, 10-11)
Dajmy się jak najszybciej odnaleźć Bogu. Zatrzymajmy się na chwilę w ciszy, by doświadczyć Jego czułości. Nie ulegajmy złudnemu myśleniu, że z dala od Niego możemy być szczęśliwi i bezpieczni. Pozwólmy, aby wziął nas na ramiona i poprowadził.