Wiele lat temu, kiedy byłam młodą, pełną entuzjazmu, ale także przekonaną o tym, że wiem już prawie wszystko, doradczynią rodzinną, poddałam w wątpliwość to, co powiedziała doświadczona, ceniona zresztą przeze mnie, pani pedagog. Byłam pewna, że to ja mam rację. Po przemyśleniu całego wydarzenia, podjęłam rozmowę z ową kobietą, przepraszając ją za moją pychę. Pamiętam, że przywołałam wtedy postać św. siostry Faustyny, mówiąc, iż chciałabym być tak pokorna jak ona. Pani Grażynka - bo tak miała na imię moja rozmówczyni - powiedziała z ogromnym przekonaniem: “Aniu, ty nigdy nie będziesz siostrą Faustyną i nie musisz się starać nią być. Ty jesteś Anią”. Przyznam się, że słowa te zmieniły moje patrzenie na siebie samą i na innych ludzi. Co prawda, potrzebowałam jeszcze długiego czasu, by zgodzić się z nimi całkowicie i zacząć według nich żyć, ale one zapoczątkowały we mnie pewien proces poszukiwania tego, kim jestem ja, czyli Ania Borkowska.
W dzisiejszym pierwszym czytaniu lud Izraelski domaga się od Samuela ustanowienia króla. Nieskory do przyjęcia słów Boga, odradzających powołanie ziemskiego władcy, woła:
“Nie, lecz król będzie nad nami, abyśmy byli jak wszystkie narody, aby nas sądził nasz król, aby nam przewodził i prowadził nasze wojny!” (1 Sm 8, 19b-20)
Izraelici upatrują swojego szczęścia i powodzenia w upodobnieniu się do innych narodów. Szukają spełnienia w naśladownictwie znanych im obcych krajów. Tym samym odchodzą od drogi, którą przeznaczył im Pan, która była drogą przygotowaną specjalnie dla nich - na której mieli rozwijać się, wzrastać, napełniać Jego błogosławieństwem.
Każdy z nas jest jedyny i niepowtarzalny. Zostaliśmy powołani do życia przez Boga w bardzo konkretnym momencie historii, w określonym miejscu. Jesteśmy potrzebni światu i otaczającym nas ludziom takimi, jakimi uczynił nas Bóg. Naszym zadaniem jest odkryć bogactwo, które nosimy w sobie i służyć nim w Kościele i w świecie. Nie mamy stawać się jak inni, lecz dostrzec to, co nasze, co czyni nas niezastąpionymi, jedynymi w swoim rodzaju.
Dzisiaj przed Mszą Świętą, gdy kościół był pogrążony jeszcze w mroku, spoglądałam na piękne rzeźby znajdujące się w bocznym ołtarzu. Były widoczne dzięki światłu świec, które na nie padało. Jego blask sprawił, że mogłam zauważyć wszystkie detale drobnych figur, dostrzec, z jak wielkim kunsztem zostały wykonane.
My także potrzebujemy światła, które umożliwi nam zobaczenie tkwiącego w nas potencjału, które pozwoli nam przekonać się, jak wspaniale zostaliśmy stworzeni, jak wiele darów złożonych jest w naszym wnętrzach.
Światłem prowadzącym nas do poznania samych siebie jest Bóg. On stopniowo odkrywa przed nami pokłady naszych umiejętności. Czyni to wlewając w nas bardzo konkretne pragnienia, stwarzając okazje do służenia innym, do zastosowania w praktyce naszych talentów, mówiąc do nas przez innych ludzi – tych, którzy coś w nas zauważają, za coś dziękują, nad czymś się pochylają, do czegoś zachęcają lub ku czemuś nas kierują.
Potrzebujemy Boga i innych ludzi, aby odnaleźć siebie. Potrzebujemy wsłuchiwać się w słowa, które płyną w naszym kierunku od życzliwych osób. Potrzebujemy uwierzyć w nie, pozwolić im wybrzmieć w naszych sercach.
Nie zakrzykujmy dobra, które słyszymy na własny temat, tanimi stwierdzeniami typu: "Daj spokój. To nic takiego. Inni też tak potrafią. Tak mi się tylko udało. Tak jakoś wyszło..." Dopuśćmy je do siebie. Nasyćmy się nim i spróbujmy potraktować wszystkie afirmujące nas komunikaty jako drogowskazy na drodze do rozwoju, wzrostu i stawania się w pełni sobą. Pozwólmy innym wspierać nas i bądźmy także dla naszych bliźnich osobami, które pociągną ich ku dobru, pomogą im odnaleźć własne miejsce w świecie:
“I przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przenieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili nosze, na których leżał paralityk”. (Mk 2, 3-4)
Wszyscy wiemy dobrze jak zakończyła się ta historia z Ewangelii. Wszyscy podziwiamy wiarę ludzi, którzy w tak sprytny sposób, przyczynili się do cudownego uzdrowienia swego bliźniego. Pamiętajmy, że my także możemy, swoimi działaniami, swoim wspierającym i motywującym słowem, wyrwać wiele osób z objęć paraliżu, który blokuje ich działania, który zasłania poczucie ich własnej wartości, nie pozwalając dotrzeć do pokładów dobra i talentów, które w nich złożył sam Bóg.