Od kilku lat piekę sama chleb. Co drugi dzień, wieczorem, w naszym domu unosi się piękny zapach świeżego pieczywa. Kilka razy, zdarzyło mi się zapomnieć dodać sól do mojego wypieku. Dzieci, jedząc go rano, stwierdziły, że smakuje jak woda z kranu, czyli, że jest, po prostu, bez smaku.
Wystarczyłaby odrobina soli, aby nasze podniebienia mogły być bardziej zadowolone. Jej brak spowodował, iż chleb dostarczył nam tylko odpowiednią ilość kalorii, nie dając żadnych wrażeń smakowych.
W dzisiejszej Ewangelii czytamy:
„Jezus powiedział do swoich uczniów: Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić?” (Mt 5, 13a)
Chrystus nazywa swoich uczniów, a więc także nas, solą, czyli czymś co nadaje lub podkreśla smak.
My jesteśmy tymi, którzy mogą i powinni ukazać innym Boga, przyprowadzić naszych braci do Niego. Poznanie Stwórcy, nawiązanie z Nim relacji sprawia, że życie nabiera zupełnie innego wymiaru. Dzięki Jego biskości, smak naszego życia staje się pełniejszy. On pozwala zobaczyć sens wszystkiego, czego doświadczamy w naszej codzienności: radości, cierpienia, zmagań, trosk.
Jestem niesamowicie wdzięczna Bogu za dar wiary. On wyzwala we mnie tęsknotę za moim Panem, pragnienie nieustannego znajdowania się w Jego Obecności.
Karmiąc się Ciałem Chrystusa, trwam w Nim, a On we mnie. Nie mogę zatrzymywać Go jednak tylko dla siebie. Wokół mnie żyje przecież mnóstwo ludzi, którzy Go jeszcze nie znają, którzy nie mieli tego przywileju, by wychować się w katolickich rodzinach, by doświadczyć spotkania z ludźmi głęboko wierzącymi, którzy przykładem swojego życia ukazują Żywego Boga.
Dzisiaj, wracając z Eucharystii, zobaczyłam pracującą w ogródku znajomą panią. Przywitałam się z nią, jadąc na rowerze. Miałam ochotę schować się w domu przed upałem. W moim sercu jednak wyraźnie wybrzmiało pragnienie, aby podejść do tej kobiety i zamówić z nią kilka słów. Pomyślałam, że pójdę do niej z Chrystusem, którego mam w swojej duszy.
Rozmowa okazała się dla nas obu bardzo sympatyczna i dostarczyła każdej odrobinę, tak bardzo potrzebnej, radości. Myślę, że ten mały gest miłości był takim „posoleniem” życia. Pozwolił, że każda z nas mogła doświadczyć dobra, dzięki któremu widoczny stał się sam Bóg.
W Ewangelii czytamy:
„Tak niech wsze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”. (Mt 5, 16)
Na nic zda się nasze mówienie o Bogu, przekonywanie innych do wiary, zapewnienie o Bożej miłości, jeśli nie zostanie ono poparte lub poprzedzone dobrymi uczynkami. Wszystkie nasze próby ewangelizacji polegające na przekonywaniu innych mogą okazać się tylko czczą gadaniną, która nie zmienia ludzkiego życia.
To miłość i dobroć otwierają bramy serc. To one rozpuszczają bariery, które sobie misternie zbudowaliśmy, z powodu naszych zranień, przykrych doświadczeń.
Staram się zawsze czynić drobne gesty miłości wobec ludzi, których spotykam. Czasem jest to tylko uśmiech, czasem życzliwe słowo, a czasem bardzo konkretna pomoc. Nie zawsze mogę powiedzieć innym o Jezusie, ale zawsze mogę ukazać Tego, który mieszka w moim sercu, poprzez dobro, które wyświadczę mojemu bliźniemu.