Wielokrotnie w swoim życiu znajdowałam się w sytuacjach, w których nie potrafiłam pomóc drugiemu człowiekowi. Czułam swą bezsilność wobec rozdzierającego bólu, braku nadziei osoby, z którą rozmawiałam. W takich okolicznościach wielką moc miało zawsze przytulenie, milczenie i obdarowanie obecnością oraz czasem. Jakie mądrości mogą się przydać, gdy ktoś płacze, wyrzucając z siebie całe pokłady poczucia krzywdy, niesprawiedliwości, której stał się ofiarą?
Zawsze, gdy słyszę o różnych tragicznych wypadkach, śmierciach ludzi młodych, czasem dzieci, staram się ogarnąć modlitwą najpierw zmarłych, ale także te osoby, które pozostają, którym przychodzi zmierzyć się z wielkim bólem. Powierzam je po prostu Jezusowi, prosząc, by mogły z Nim i w Nim przeżywać swą boleść. Wierzę, że tylko wtedy, to co ze swej natury ma moc niszczącą, może stać się źródłem pogłębienia relacji z Tym, który jest źródłem miłości i pokoju.
Dzisiaj, w Ewangelii, mamy przedstawiony niesamowity obraz spotkania w bramie miasta dwóch grup ludzi – jednej, która uczestniczy w pogrzebie, towarzysząc wdowie w pożegnaniu jedynego syna, drugiej – podążającej za Nauczycielem z Nazaretu. Można powiedzieć, że ból i cierpienie, które noszą w sobie ludzie z miasta, a w szczególności matka, trafia na entuzjazm, zaciekawienie, doświadczenie niesamowitości nauczania Jezusa, Jego mocy, które towarzyszą tej drugiej zbiorowości. Spotykają się dwa nieprzystające do siebie światy. Tym, który je łączy jest Chrystus. Stojąc pośrodku, wzrusza się głęboko i dokonuje wskrzeszenia.
„Na jej widok Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz. Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, przystanęli – i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię, wstań! A zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce.” (Łk 7, 13-15)
Jedynie Chrystus potrafi znaleźć odpowiednie rozwiązanie w tym niesamowicie trudnym położeniu. On ma moc zmienić wszystko – smutek w radość, ból osamotnienia w pełnię bliskości. On jest spoiwem, które łączy ludzi, pomimo przeżywania różnych doświadczeń, czy stanów emocjonalnych.
Tak bardzo potrzebujemy wpuścić Go w bramy naszego życia, do miast naszych serc, by doświadczyć Jego zatroskania o nasze sprawy. Matka młodzieńca z Nain nie musiała prosić o cud. Pan sam ulitował się nad nią, znając jej ból i beznadzieję przyszłości przeznaczonej kobiecie pozbawionej jakiejkolwiek męskiej ochrony.
Chrystus zna nasze wnętrza, wie o nas wszystko, bliskie są Mu nasze troski, obawy, lęki. W relacji z Nim nie ma potrzeby skupiania się na tym, czego nam brakuje, ale dostrzegania Jego miłości, karmienia się Jego Słowem, przyjmowania Go w Komunii Świętej, zwyczajnej rozmowy z Nim i trwania w pewności Jego obecności w każdej chwili naszego życia.
„Wiedzcie, że Pan jest Bogiem,
On sam nas stworzył, jesteśmy Jego własnością,
Jego ludem, owcami Jego pastwiska.
Albowiem Pan jest dobry,
Jego łaska trwa na wieki,
a Jego wierność przez pokolenia.”
(Ps 100(99), 3.5)
Napełnieni Bożą Obecnością, staniemy się dla innych znakiem pojednania i prawdziwej jedności. Zaniesiemy pokój tam, gdzie panuje lęk, pocieszymy płaczących, damy nadzieję wątpiącym, przytulimy tych, którzy potrzebują bliskości.
Pan postawi nas we właściwym czasie, w odpowiednim miejscu i pozwoli nam spotkać ludzi, którym zaniesiemy to, czego na danym etapie życia naprawdę potrzebują.
Nie pozwól mi skupiać się na moich brakach, lękach,
lecz spraw, bym nieustannie wpatrzona w Twoją cichą obecność,
miała pewność, że Ty obdarujesz, poprowadzisz, wskażesz drogę.