Święto Świętego Macieja Apostoła
Chyba nikt z nas nie lubi być “tym drugim”, niewybranym, niezauważonym, niedocenionym. Pamiętam, popularną w podstawówce, grę “dwa ognie”. Wskazani przez nauczyciela kapitanowie dwóch drużyn, mieli wybierać sobie, spośród wszystkich dzieci, zawodników. Zawsze oddychałam z ulgą, gdy zostałam wywołana do jednego z zespołów. Oj, jak bardzo nie chciałam być tą pozostawioną na koniec.
Teraz jako dorosła kobieta patrzę na takie sytuacje “niewybrania” z innej perspektywy. Uważam, że czymś niesamowicie cennym i potrzebnym w życiu jest umiejętność pozostawania na “drugim planie”, nie z powodu braku miłości do samego siebie, ale ze względu na pokorę.
Wszyscy jej potrzebujemy. Ona wchłania naszą pychę. Pomaga nam usunąć się na bok, by ktoś inny mógł zająć należne mu miejsce. Pozwala być tam, gdzie powinniśmy się znaleźć.
Dzisiejsze Słowo mówi:
“Postawiono dwóch: Józefa, zwanego Barsabą, z przydomkiem Justus, i Macieja. I taką odmówili modlitwę: Ty, Panie, znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego sobie wybrałeś, by zajął miejsce w tym posługiwaniu i w apostolstwie, któremu sprzeniewierzył się Judasz, aby pójść swoją drogą. I dali im losy, a los padł na Macieja. I został dołączony do jedenastu Apostołów”. (Dz 1, 23-26)
Przedziwne jest to, że w Święto Świętego Macieja Apostoła, Pan zwrócił moją uwagę na tego, który nie został wybrany – na Józefa zwanego Barsabą. Ewangelia nie podaje, jak ów mężczyzna zareagował na wynik losowania, pozwala nam jednak wejść w tę sytuację i zastanowić się nad podobnymi momentami w życiu każdego z nas – nad chwilami, gdy los pada na kogoś innego, gdy to ktoś inny zostaje powołany, wybrany.
Józef poniósł swego rodzaju porażkę. Mógł wejść do grona Jedenastu, zasilić szereg tych “najbliższych Chrystusowi”. Duch Święty wskazał jednak na Macieja. Czyżby serce Józefa nie było gotowe do podjęcia tej misji?
A może było po prostu odpowiednie, by robić coś innego, coś równie potrzebnego, choć może nie tak bardzo prestiżowego?
Duch Święty zna nasze wnętrza. On najlepiej wie, w jakich miejscach jesteśmy potrzebni, gdzie najbardziej rozwiniemy skrzydła, gdzie najwięcej dobra uczynimy, we współpracy z Nim.
Musimy pamiętać, że wszyscy, bez wyjątku, jesteśmy powołani do wydawania owoców - i to tych najdorodniejszych, najpiękniejszych, najbardziej smakowitych:
“Nie wy Mnie wybraliście, ale ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili”. (J 15, 16a)
Problem tkwi chyba w tym, że nam się często bardziej podobają owoce, które wydają inni. To one nas pociągają, kuszą, sprawiając, że oddalamy się od się od własnego powołania i chciwie szukamy sposobności, by zaistnieć na polu, które nie nam przeznaczone.
Wciąż proszę Pana, bym mogła wydać plon, którego On pragnie dla mnie – taki, który zrodzi się ze zgody na Jego wolę, z przyjęcia z pokorą mnie samej i tego wszystkiego, czym Bóg mnie obdarował. Nie chcę zabierać nikomu miejsca, ale być tam, gdzie stawia mnie On, być tam, gdzie mogę uczynić największy użytek z zasobów, które On we mnie złożył.