Wiele lat temu, na początku małżeństwa, kupiliśmy sobie z mężem ponton. Pewnego pięknego, letniego dnia przywieźliśmy go nad rzekę. W trakcie wypoczynku, w naszych głowach zrodził się pomysł, aby urządzić sobie spływ do miejscowości leżącej około 10 kilometrów od punktu startowego i tam spotkać się z rodzicami. Zabraliśmy na pokład mojego piętnastoletniego brata i wyruszyliśmy na szlak przygody. Było już po godzinie 19.00. Byliśmy pewni, że dotrzemy do celu po około 2 godzinach, więc jeszcze za dnia. Nasza wyprawa przebiegała wspaniale, aż do momentu, gdy okazało się, że zapada zmrok, a my wciąż płyniemy i płyniemy. Rzeka kręciła niesamowicie. Księżyc, który stanowił wtedy nasze jedyne źródło światła, raz pozdrawiał nas z lewej, raz z prawej strony. Przyznam się, że momentami ciarki przechodziły mi po plecach. Było ciemno, zimno, dookoła rozciągał się las i do tego co jakiś czas musieliśmy omijać zwalone pnie drzew. Na szczęście wszystko zakończyło się pomyślnie i przed północą dotarliśmy bezpiecznie do, czekających na nas, rodziców.
Zdarzenie to przypomniało mi się dzisiaj podczas rozważania fragmentu z księgi Proroka Izajasza:
“O, gdybyś zważał na me przykazania, stałby się pokój twój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale”. (Iz 48, 18)
Zaczęłam zastanawiać się co wspólnego ma pokój serca z rzeką. Przygoda, którą przeżyliśmy z moim mężem i bratem pozwoliła mi to trochę lepiej zrozumieć.
Rzeka jest w ciągłym ruchu, nieustannie kieruje się do celu. Jej koryto pełne jest zakrętów. Musi zatem pokonać dłuższą drogę niż ta, którą można by wyznaczyć w linii prostej. (Mam oczywiście na myśli rzekę nieuregulowaną). Ciągle zmaga się z wchodzeniem w meandry, z wymywaniem, raz lewego, raz prawego brzegu.
Pokój, który pragnie wlać w nasze serca Bóg nie jest doświadczaniem ciągłego błogostanu (choć czasem takie sytuacje mają miejsce), nic nierobieniem, wszechogarniającym luzem. On, niczym prąd rzeki, umożliwia nam nieustawanie w drodze, pomimo napotykania różnych trudności, życiowych zakrętów, doświadczanych przeszkód. On sprawia, że każdego ranka wstajemy z odnowionymi siłami, by podejmować kolejne wyzwania, by wypełniać nasze powołanie. On rzeźbi nasze charaktery, ociosuje naszą niedojrzałość, niczym rzeka, która wygładza znajdujące się w jej zasięgu ostre kamienie.
Jest nam potrzebny, byśmy mogli dopłynąć do Wiecznego Portu, gdzie spotkamy się z naszym Ojcem. Dzięki niemu jesteśmy w stanie stawać z odwagą po stronie dobra, nawet, gdy przychodzi nam za to zapłacić cenę odrzucenia ze strony innych. On jest kotwicą, która trzyma nas przy Bogu, dając stabilność w niestabilnej codzienności. Jego słodki smak sprawia, że stale go pragniemy, że nic innego nie jest w stanie nas nakarmić ani zadowolić. On pobudza nas do dokonywania sprawiedliwych czynów, które niczym uderzające o brzeg morskie fale, dotykają świata, zmieniając go w Boże Królestwo.