Kiedy, na początku pandemii, pozamykano szkoły i zalecono zachowywanie dystansu między ludźmi, każdego dnia wychodziłam z dziećmi na spacer do małego lasku znajdującego się, niczym wyspa, pośród otaczających go gruntów. Dojść tam mogliśmy tylko przemierzając łąki i nieobsiane jeszcze role. Czasem, w ramach atrakcji i utrudniania wędrówki, wybieraliśmy drogę przez zaorane, pełne twardych, ogromnych brył ziemi, pole. Skakaliśmy z jednej na drugą, starając się nie wpaść w szczeliny oddzielające poszczególne grudy. Ziemia pod naszymi stopami była tak twarda i zbita. Zachowywała się jak kamień - nawet mocne uderzenia rzadko powodowały jej rozbicie.
To, co stwardniałe, skostniałe traci plastyczność, staje się niedostępne, z wielką trudnością chłonie wilgoć, która mogłaby spowodować rozmiękczenie, zmianę formy.
W dzisiejszym śpiewie przed Ewangelią słyszymy:
“Nie zatwardzajcie dzisiaj serc waszych, lecz słuchajcie głosu Pańskiego”. (Por. Ps 95(94), 8a. 7d.)
Serce ludzkie, niestety, może również ulec stwardnieniu, stając się niedostępne dla Bożego Ducha. Ten, który mógłby je użyźnić, rozpulchnić, nie znajduje do niego dostępu, z powodu grubej skorupy, skutecznie uniemożliwiającej przedarcie się ożywczej łaski do wewnątrz.
Różne bywają powody zamknięcia serca człowieka na Tego, który jest jego Stworzycielem, który jako jedyny może sprawić, by tętniło ono pełnią, by rozprowadzało, po całym ciele, nadprzyrodzone życie. Nie chcę jednak skupiać się dzisiaj na nich.
Pragnę sięgnąć do Słowa Bożego, które mówi wyraźnie, co możemy zrobić, by nie dopuścić do skamienienia naszego serca lub jak możemy uczynić je znowu chłonnym na Bożą rzeczywistość.
W Liście Świętego Pawła do Rzymian czytamy:
“Paweł, sługa Chrystusa Jezusa, z powołania apostoł, przeznaczony do głoszenia Ewangelii Bożej, którą Bóg przedtem zapowiedział przez swoich proroków w Pismach świętych. (…)
Do wszystkich przez Boga umiłowanych, powołanych świętych, którzy mieszkają w Rzymie: łaska wam i pokój od Boga, Ojca naszego , i Pana Jezusa Chrystusa!’ (Rz 1, 1-2, 7)
Niezbędnym warunkiem “rozmiękczenia” naszych kamiennych serc jest uznanie własnej zależności od Boga. Nikt z nas, choćby najwspanialszy, nie wzbudził sam swojego życia ani nie zapracował własnymi siłami na potencjał, który otrzymał w momencie poczęcia. Owszem rozwijamy nasze talenty, ale to nie my sprawiliśmy, że je posiadamy. Są one nam dane całkowicie za darmo przez Tego, któremu spodobało się nas obdarować. Każdy człowiek jest stworzeniem, umiłowanym i powołanym do świętości sługą Boga. Bez naszego Stwórcy i Pana nic nie możemy uczynić. Tylko w Nim jest nasze życie, nasze spełnienie.
Uznanie tej prawdy, sprawia, że stajemy przed Bogiem w postawie pokory i wdzięczności. W ten sposób nasze serca stają się stopniowo jak gąbki, które z całą prostotą i nieskrępowaniem przyjmują to, co Bóg raczy w nie wlać.
Takie, otwarte na Boga serca, są w stanie rozeznać własne powołanie, które zawsze osadza się na pierwotnych darach złożonych w ich głębi przez Stwórcę.
Spróbujmy przyjrzeć się naszym wnętrzom, by zobaczyć, czy są one mięciutką, gotową pod zasiew glebą, czy też twardą, nieprzepuszczalną skorupą.
Wołajmy do Pana o ratunek, o przebudzenie. Nie bójmy się zależeć od Tego, który jest MIŁOŚCIĄ i pragnie, aby pulsowało w nas Jego, niekończące się, nadprzyrodzone życie.