Dzisiaj, przechadzając się w czasie przerwy, usłyszałam, jak pewna kobieta wyrzuca z siebie potok obraźliwych słów w kierunku jakiegoś mężczyzny, najprawdopodobniej męża lub partnera. Kłótnia, a właściwie monolog, była tak głośna, że słychać ją było, z pełnymi detalami, w promieniu 200 metrów. Przeraźliwe, brudne, opluwające słowa nijak nie pasowały do czasu, który obecnie przeżywamy w Kościele, do aury, do otaczającego ładnego obejścia, kwitnących drzew i ogólnie panującego spokoju małej holenderskiej miejscowości.
Pomyślałam o dramacie tych osób, o środowisku, w którym być może żyją dzieci. Próbowałam coś zagaić, żeby trochę oczyścić atmosferę, ale w moim kierunku też padły niecenzuralne słowa, tym razem ze strony mężczyzny.
Siedziałam nieopodal na ławce i westchnęłam do Pana Boga za tymi i innymi ludźmi, którzy funkcjonują w taki właśnie sposób – skłóceni, poniżający samych siebie i drugiego człowieka, nie będący w stanie stworzyć dzieciom odpowiednich warunków wychowawczych.
A przecież nie tak ma wyglądać ludzki los. Pan Bóg zaplanował to zupełnie inaczej. On chce nam dać wszystko, co najlepsze, przywracać nas do życia, uzdrawiać nasze dusze i ciała, napełniać nas prawdziwą radością.
Jakże piękny jest obraz człowieka chromego z pierwszego czytania, który po uzdrowieniu, otrzymanym za pośrednictwem Piotra i Jana, zaczyna skakać i wielbić Boga. Ta sytuacja wzbudza w obserwatorach poruszenie i zachwyt.
Pan Jezus pragnie przemieniać nasze życie, a my dotknięci Jego łaską stajemy się inni, promieniujemy tym, co otrzymaliśmy w darze i możemy naszym bliźnim wskazywać na Chrystusa.
Wierzę w to całym sercem. Wiem, że tylko przemieniona mocą Bożą, mogę mieć wpływ na moich najbliższych, na otoczenie, w którym funkcjonuję, mogę nieść ludziom Chrystusa, którego każdy z nas tak bardzo potrzebuje.
Niestety jest też druga strona medalu - zło, które czynię, któremu ulegam, niszczy nie tylko mnie, ale także tych, z którymi przyszło mi żyć. Wpływając zgubnie na osoby z mojego grona, zatacza coraz szersze kręgi, dotykając społeczność, Kościół, kraj, świat.
Mam do wyboru – czynić ten świat lepszym albo gorszym. Stawiam na pierwszą opcję.
Chcę pozwolić Chrystusowi działać w moim życiu i rozprzestrzeniać Jego naukę dalej, tam, gdzie mnie pośle. Dzisiejszy Psalm doskonale to opisuje:
„Sławcie Pana, wzywajcie Jego imienia,
głoście Jego dzieła wśród narodów.
Śpiewajcie i grajcie Mu psalmy,
Rozgłaszajcie wszystkie Jego cuda.” (Ps 105, 1-2)
Możemy mieć pewność, że nasze życie zmieni się, gdy wpuścimy w nie Chrystusa i Jego światło. Każda chwila będzie miała sens, każdy czyn będzie mógł prowadzić do prawdziwego dobra, dzięki naszemu świadectwu inni będą także rozpocząć swoją przygodę z Jezusem.
Uczniowie, którzy zmierzali do Emaus, byli smutni, rozgoryczeni, rozczarowani, pozbawieni energii życiowej. Po spotkaniu z Jezusem i rozpoznaniu Go przy łamaniu chleba, od razu przystąpili do działania.
„W tej samej godzinie zabrali się i wrócili do Jeruzalem.” (Łk 24, 33)
Nie mogli czekać. Doświadczenie spotkania z Jezusem napełniło ich entuzjazmem i radością.
Tak samo i my, karmiąc się Ciałem Chrystusa, przebywając z Nim na modlitwie, będziemy doświadczać przemiany naszego życia, naszego sposobu myślenia. To jest proces, ale może się zadziać tylko wtedy, gdy otworzą nam się oczy na rzeczywistość Bożą. Poddając się zmianie dokonywanej w nas, przez Ducha Świętego, będziemy mieć realny wpływ na rzeczywistość, w której przyszło nam żyć.
Święta Matka Teresa z Kalkuty, zapytana przez dziennikarza, co należałoby zmienić, aby świat był lepszy, odpowiedziała krótko: „ciebie i mnie”.
Jestem pewna, że to jedyna i słuszna droga zmiany na lepsze. Dlatego starajmy się być blisko Chrystusa w każdej sytuacji, a wtedy na pewno zobaczymy, jak dobro rozlewa się wokół nas, obejmując coraz większe obszary.