W czasie studiów, jeden z kolegów dość często nazywał mnie “angel” – z ang. “anioł”. Powodem nadania mi takiego przydomku, była moja wiara i żywy udział w życiu Kościoła. W 15-osobowej grupie studentów, w której spędzałam większość mojego czasu na uczelni, przez pewien okres, byłam jedyną praktykującą osobą. Później dołączyła do mnie jeszcze jedna koleżanka, która została “pociągnięta” moim świadectwem.
Nasza wiara powinna sprawiać, że wyróżniamy się, w pozytywny sposób, z ogółu, że styl naszego postępowania przyciąga innych, zastanawia, czasem zadziwia. Nie chodzi w tym wszystkim o nas, o nasze poczucie wyższości, ale o ukazywanie Chrystusa, o bycie znakiem Jego miłości w świecie.
Jako ludzie ochrzczeni jesteśmy posłani do tych, którzy nie znają Boga. Mamy do nich iść nie po to, żeby rzucać puste słowa, pouczać, ale by świadczyć o Nim naszym życiem.
W Ewangelii czytamy:
“Ten bowiem, kogo Bóg posłał, mówi słowa Boże: a bez miary udziela mu Ducha”. (J 3, 34)
Nie musimy obawiać się, że nie damy rady, że nasze słowa, czyny będą niewystarczające. To Duch Boży uzdalnia nas do głoszenia Królestwa wszędzie tam, gdzie się znajdujemy. On jest Tym, który porusza ludzkie serca, pozwalając, by mogły doświadczyć spotkania z żywym Bogiem.
Zastanówmy się czy nasze postępowanie pomaga innym odnaleźć Chrystusa, czy raczej ich od Niego oddala? Jak często mamy w ustach słowa Boże, które niosą pokój, pojednanie, zrozumienie, akceptację? A jak często jesteśmy tymi, o których dzisiejsza Ewangelia mówi:
“Kto z ziemi pochodzi, należy do ziemi i po ziemsku przemawia”? (J 3, 31)
Mówić “po ziemsku” to znaczy, kierować się duchem tego świata, to wszędzie wciskać siebie, swoje zdanie, swoje myśli, swoje “chcenie”, to podążać za tym, co modne, choć niekoniecznie dobre. To oczekiwać podziwu w ludzkich oczach, żyć, tak jakby świat duchowy nie istniał lub nie miał nic wspólnego z doczesnością.
Człowiek pełen Ducha Bożego jest tym, który skosztował i zobaczył, jak Pan jest dobry (Por. Ps 34(33), 9a), dla którego Bóg jest ostoją, opoką, ale także Tym, który prowadzi, określa prawa. Jest to człowiek, który potrafi, jak apostołowie stosować w życiu zasadę, ukazaną w Dziejach Apostolskich:
“Trzeba bardziej słuchac Boga niż ludzi – odpowiedział Piotr, a także apostołowie”. (Dz 5, 29)
Człowiek duchowy potrafi przyjąć, ze względu na Ewangelię, także niesprawiedliwość, poniżenie. Jest z Chrystusem w czasie odnoszenia sukcesów, ale także i w chwilach naznaczonych porażkami.
Każdy z nas, póki co, żyje tutaj, na ziemi. Chcemy być doceniani, może nawet podziwiani, pragniemy być szczęśliwi, spełnieni. Nie chodzi o to, aby się tego wszystkiego wyrzekać i czynić jakiś sztuczny rozdźwięk pomiędzy życiem ziemskiem, a życiem duchowym. Sedno tkwi w tym, by pozwolić Bogu przenikać wszystkie sfery naszego życia i dać się Mu prowadzić, by z Nim kosztować słodyczy, ale także przyjąć smak porażki.
Bliskość Boga powoduje , że zaczynamy, prowadząc normalne życie, sprowadzać na ziemię Jego Ducha. W ten sposób bierzemy udział w niezwykłym dziele szerzenia się Jego Królestwa na ziemi.
Jako chrześcijanie nie mamy żyć, gdzieś w obłokach, w rzeczywistości pozaziemskiej, ale zanurzając się w Bogu, sprowadzać Jego miłość i Jego prawa do naszego “tu i teraz” .