Myślę, że coraz bardziej w moim życiu doceniam obecność ludzi, z którymi jestem w trochę bliższej relacji, niż tylko powiedzenie „dzień dobry”, czy jak to jest w naszym przypadku „hoi”. Staram się, aby nawet z takimi znajomymi „z widzenia” zamienić drobne słowo, uśmiechnąć się, powiedzieć, że dzieci urosły, że piesek, którego wyprowadzają jest sympatyczny, znaleźć taką cieniutką niteczkę, za pomocą której można z anonimowości przejść na minimalnie wyższy poziom znajomości.
Wierzę, że Pan Bóg stawia na naszej drodze ludzi w sposób nieprzypadkowy. Często dziękuję Mu za nasze znajomości, za te osoby, z którymi możemy budować więź. Widzę, jak bardzo cenna jest dla mojego rozwoju duchowego, psychicznego, bliskość moich bliźnich. Dostrzegam też, że ja mogę pomagać innym, spotykając się z nimi, rozmawiając, spędzając razem czas. Wiem, że potrzebujemy siebie nawzajem i dzięki zdrowym relacjom naprawdę wzrastamy.
W dzisiejszym pierwszym czytaniu Pan Bóg wyraźnie potwierdza mi to moje myślenie. Zanim wódz syryjski Naaman wyznaje wiarę w jedynego Boga, przebywa drogę, po której prowadzą go różne osoby.
W procesie stawania się wierzącym, ogromną rolę odgrywa najpierw sam Naaman. To on, przez sumienne wykonywanie swoich obowiązków wojownika, zyskuje przychylność króla Aramu, który chce pomóc z całego serca swemu poddanemu. On to, od razu, zezwala na wyjazd Naamana do Samarii i pisze list do króla izraelskiego, oznajmiając mu, że przybędzie wódz, który pragnie uzdrowienia ze swej choroby.
Wielką rolę odgrywa w całym tym procesie także żona Naamana i jej służąca, która mówi swojej pani o proroku Elizeuszu, przedstawiając go jako męża pełnego Bożej mocy, za którego pośrednictwem dokonują się uzdrowienia ludzi. Wreszcie, niezwykle ważne zadanie spełniają słudzy samego Naamana, którzy w obliczu zniechęcenia wodza, namawiają go do wykonania polecenia, zleconego mu przez proroka Elizeusza, czyli do siedmiokrotnego zanurzenia się w Jordanie.
Można powiedzieć, że Naaman doszedł do poznania Boga dzięki ludziom, którzy go otaczali. Pan Bóg postawił na jego drodze właśnie takie, a nie inne osoby i to one pomogły mu w odkryciu tego, co w życiu najważniejsze. Naaman pozwolił się prowadzić, słuchał tych, którzy byli wokół niego. Pewnie wcześniej zbudował z nimi relację opartą na zaufaniu i dzięki temu wierzył, że chcą dla niego prawdziwego dobra.
Przeciwną postawę prezentują faryzeusze, którzy na słowa Jezusa unoszą się gniewem i wyrzucają Go z miasta, chcąc strącić z urwiska. Samowystarczalni, przekonani o swojej wiedzy, zamknięci w ciasnym świecie własnych wyobrażeń o Stwórcy, nie widzą bogactwa, które może ofiarować im człowiek. Nie dostrzegają mówiącego do nich Boga, nie wykorzystują szansy na nawrócenie.
Nie chcę być podobna do faryzeuszy. Pragnę być wyczulona na Słowo Boże kierowane do mnie przez drugiego człowieka, chcę zawsze potrzebować moich najbliższych i tych, których Pan Bóg stawia na mojej drodze i być dla nich także pomocą w kroczeniu do zbawienia.
Panie dopomóż mi cenić zawsze obecność drugiego człowieka, nawet tego, który czasami wydaje mi się trudny. Ucz mnie być wsparciem dla innych w ich dążeniu do Ciebie i mieć zawsze czas na miłość.