Od kiedy Mąż podarował mi słuchawki, przeznaczone do wykorzystywania w czasie sportowych „wyczynów”, z ogromną radością odsłuchuję muzyki uwielbienia, gdy wypuszczam się na samotną przejażdżkę rowerem. Nie da się słuchać tych tekstów bez wewnętrznych poruszeń, bez zatopienia się we wszechogarniającą obecność dobrego Boga.
Wczoraj, w czasie dostarczania sobie potrzebnej dawki ruchu, doszło do mnie, że chyba już powoli zaczynam rozumieć, na czym polega życie chrześcijanina. Powoli, ponieważ wciąż długa droga do zrozumienia tego w pełni i do zastosowania wszystkich, docierających do mnie poruszeń, w codzienności.
Od pewnego czasu, coraz wyraźniej patrzę na wszystkich ludzi ochrzczonych, jako na tych, którzy zaproszeni są do budowania królestwa Bożego na Ziemi. Wiem, że każdy przychodzi na ten świat w określonym momencie i miejscu, by stać się wykonawcą złożonego w nim powołania, właściwego tylko jemu samemu. Nie da się zastąpić nikogo. Jeśli nie odczytam i nie podejmę, we współpracy z łaską Bożą, powierzonego mi zadania, pozostanie jakaś pustka i brak.
Bóg jako dobry Ojciec, czuwa nad wszystkim i ma nas w swojej pieczy. On rozdziela na miarę potrzeb i swojej hojności, każdemu dziecku, ale nie to samo i nie w identycznej ilości.
„Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich. Każdemu zaś z nas została dana łaska według miary daru Chrystusowego. On też ustanowił jednych apostołami, innych prorokami, innych ewangelistami, innych pasterzami i nauczycielami, aby przysposobili świętych do wykonywania posługi dla budowania Ciała Chrystusowego, aż dojdziemy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa.” (Ef 4, 7.11-13)
Myślę, że w życiu muszę odkryć dwa powołania – to, nazwijmy, „zwykłe” – do życia w małżeństwie, kapłaństwie, czy samotności, ale także to „dla Królestwa Bożego”, czyli rozeznać jakimi charyzmatami zostałam obdarowana, by służyć Kościołowi. Oczywiście oba one się splatają i przenikają, i zawsze powinny działać w spójności.
Chrystus chce przychodzić na świat z Ewangelią, poprzez moją osobę. Tylko On najlepiej wie, jaka forma głoszenia Dobrej Nowiny i pozyskiwania dzieci dla Królestwa Niebieskiego jest odpowiednia dla mnie. Łaska zawsze buduje na naturze, ale jednocześnie pozwala przekraczać nasze ograniczenia i blokady.
Moim marzeniem jest służyć Bogu tam, gdzie On chce mnie widzieć, bo wiem, że tylko wtedy będę szczęśliwa, spełniona i będzie mogło wchodzić przez mnie na ten świat maksimum dobra.
Czasem patrzę trochę „zazdrosnym” okiem na tych, co mają jakieś „super” dary – głoszenia Słowa, proroctwa, uzdrawiania – ale wtedy tak bardzo rozumowo tłumaczę sobie, że Pan wie najlepiej, gdzie moje miejsce.
Chcę słuchać Jego natchnień i iść za Nim wtedy, gdy On tego pragnie, gdy ma dla mnie jakieś określone zadanie. Chcę być jak patron dnia dzisiejszego – apostoł Mateusz, który nie zawahał się, by zostawić wszystko dla Jezusa, który słysząc wezwanie przechodzącego Mistrza po prostu poszedł za Nim:
„Jezus, wychodząc z Kafarnaum, ujrzał człowieka siedzącego na komorze celnej i rzekł do niego: Pójdź za mną! A on wstał i poszedł za Nim.” (Mt 9, 9)
Niesamowite! Wstał i poszedł… Bez ociągania, kalkulacji, marudzenia, zastanawiania się nad tym, co straci, a co zyska. Myślę, że taka postawa powinna być czymś zwyczajnym dla każdego dziecka Bożego, które zna swego Ojca i wie, że to, do czego On wzywa jest najlepszą z możliwych ścieżek.