Wczoraj po Mszy Świętej nasza Faustynka, jak zwykle, pobiegła do zakrystii. Wróciła zadowolona z czekoladką w buzi, po czym znowu zniknęła. Po chwili ukazała się szczęśliwa, niosąc w rączkach kolejne dwa smakołyki: „Tato to dla Ciebie, od księdza” – powiedziała, częstując Michała. Drugi przysmak schowała za siebie, odwróciła ode mnie wzrok i odeszła na bok, kręcąc się trochę niespokojnie. „Ta chyba jest dla mnie?” – zapytałam, żeby dziewczynka nie męczyła się dłużej okłamując mamę. „Nie, dla mnie” – odpowiedziała, po czym dodała „Przecież ty nie lubisz słodyczy” (co oczywiście nie jest prawdą).
Kłamstwo spowodowało, że Faustynka pozostawała w dystansie od nas, zachowując się dość dziwnie, odwracając wzrok, wykonując tzw. uniki. Nie czuła się w tej sytuacji komfortowo.
Myślę, że wszyscy czujemy się bardzo źle, gdy żyjemy w kłamstwie, gdy coś kamuflujemy i nie pozwalamy dojść do głosu temu, co autentyczne w nas. A jednak tak często skłaniamy się ku udawaniu, przypudrowujemy bladość naszego wnętrza. Boimy się, że stanięcie w prawdzie będzie boleć, że będziemy, być może, musieli zmienić coś w naszym życiu, w naszych relacjach, a nam się po prostu zwyczajnie tego nie chce. Wygoda i przyzwyczajenie zwyciężają.
Tymczasem Chrystus Mówi dzisiaj o Duchu Prawdy, którego pośle nam po swoim odejściu z tego świata.
„Gdy przyjdzie Paraklet, którego ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On zaświadczy o mnie.” (J 15, 26)
Bóg dobrze zna ludzką naturę i wie, że po grzechu pierworodnym jesteśmy skłonni do zniekształcania prawdy, unikania jej, wstydzimy się tego kim jesteśmy, jak wyglądamy, jaki mamy charakter, z jakiej rodziny pochodzimy.
Dzisiejszy świat promuje ludzi sukcesu, ale takiego w ludzkim pojęciu: pięknych, zdrowych, wykształconych, zaradnych, bogatych. Wartość człowieka często określana jest przez to co robi, jak sobie w życiu radzi. Zapominamy o tym, że naszą godność określa sam Bóg. Jesteśmy Jego umiłowanymi dziećmi. Każdego z nas pragnął właśnie On. Przyszliśmy na świat, aby ukazać Jego miłość. To jest prawda o nas. Zostaliśmy odkupieni krwią Chrystusa i na zawsze jesteśmy Jego własnością. Nikt i nic nie może nas wyrwać z Jego ręki, ani zabrać nam naszej wielkości.
To jest cała prawda o nas. Na tym fundamencie dopiero powinniśmy budować wszystko inne, nasze powołanie, życie małżeńskie, rodzinne, zawodowe.
Nie musimy niczego udawać, na nic zasługiwać, żyć tak, aby inni nas podziwiali i chwalili.
Jedyne, co musimy, to podobać się Bogu, do którego należymy. A Jemu będziemy się podobać, kiedy będziemy sobą i staniemy przed Nim w prawdzie, bez udawania, że nam wszystko wychodzi, że jesteśmy samowystarczalni.
Zdejmijmy wszystkie maski, a wtedy w Bogu zobaczymy swoje piękno i wartość i już więcej nie będziemy chcieli kłamać i udawać. Taka postawa zaowocuje też tym, że poznamy prawdę o Bogu, doświadczymy Jego miłości i miłosierdzia, będziemy radować się nieustannie Jego obecnością.
„Śpiewajcie Panu pieśń nową, głoście Jego chwałę z zgromadzeniu świętych.
Niech się Izrael cieszy swoim Stwórcą, a synowie Syjonu radują swym Królem.” (Ps 149, 1b-2)
Prawda prowadzi zawsze do Boga, jest jak klucz, który daje Bogu dostęp do naszego serca, a wtedy dopiero wszystko może się zacząć. Cała przygoda życia w Duchu – stoi przed nam otworem.
Pan może działać, prowadzić nas tam, gdzie chce, do określonych ludzi i miejsc, w których jesteśmy potrzebni, pobudzać nas do zadań, które zaowocują dobrem, tak jak to uczynił w życiu Lidii, o której czytamy dziś w Dziejach Apostolskich:
„Przysłuchiwała się nam też pewna „bojąca się Boga” kobieta z miasta Tiatyry, imieniem Lidia, która sprzedawała purpurę. Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła. Kiedy została ochrzczona razem ze swym domem, zwróciła się z prośbą: Jeżeli uważacie mnie za wierną Panu, przyjdźcie do mego domu i zamieszkajcie w nim. I wymogła to na nas.” (Dz 16, 14-16)