Często śmiejemy się z Michałem – moim Mężem, że jesteśmy "wieśniakami". Zawsze lubiliśmy spokój, ciszę, przyrodę. Jako młode małżeństwo jeździliśmy na wycieczki poza Szczecin, w poszukiwaniu jakiegoś małego domku, w którym moglibyśmy zamieszkać. Nasze marzenia częściowo się spełniły. Nasz obecny dom położony jest w ładnej, zacisznej okolicy. Kiedy zdarza nam się wyjechać do miasta, pospacerować trochę w zgiełku, wśród sklepów, samochodów, przechadzających się osób, z przyjemnością wracamy do naszego gniazdka otoczonego zielenią i zawsze zgodnie powtarzamy, że tutaj jest jednak najlepiej. W tym miejscu opada zmęczenie i napięcie. Tu łapiemy oddech…
Myślę, że nasza wiara, relacja z Panem Bogiem, modlitwa, prowadzi do tego samego. Do głębokiego, kojącego odetchnięcia, spojrzenia na wszystko we właściwych proporcjach, do poluzowania niektórych spraw, a skupienia się na tym, co istotne. Pan Bóg prowadzi nas na drodze naszej wiary i stopniowo zrzuca z nas kajdany, które często sami sobie nakładamy lub też pozwalamy, aby inni nas w nie skuwali.
Dzisiejsze pierwsze czytanie opowiada niezwykłą historię uwolnienia Pawła i Sylasa z więzienia:
„O północy Paweł i Sylas modlili się, śpiewając hymny Bogu. A więźniowie im się przysłuchiwali. Nagle powstało silne trzęsienie ziemi, tak że zachwiały się fundamenty więzienia. Natychmiast otwarły się wszystkie drzwi i ze wszystkich opadły kajdany.” (Dz 16, 25-26)
Modlitwa pełna ufności sprowadziła ocalenie, nie tylko dla modlących się, ale także na tych, którzy się im przysłuchiwali i pewnie, na swój sposób, otworzyli przed Bogiem serca. Gdy zobaczyli, co się stało wszyscy pozostali na swoich miejscach, nikt nie rzucił się do ucieczki. Na pewno częściowo z powodu zdziwienia, przejęcia, ale pewnie także, dlatego, że poczuli dotknięcie Boga, który uwolnił ich z tego, co najbardziej krępowało – z grzechu.
Podobnego wyzwolenia doświadczył strażnik, który dowiadując się, że nikt z osadzonych nie uciekł, zaniechał zamiaru popełnienia samobójstwa i bez lęku przed karą, zaprosił Pawła i Sylasa w swoje progi, przyjmując wraz z całą swoją rodziną, Chrzest Święty.
Dotknięcie Boga zawsze wyzwala, przede wszystkim z grzechu, ale także z naszych ograniczeń, obaw, lęków, że jesteśmy niewystarczający, że nie mamy takich czy innych predyspozycji, z naszego złego myślenia o sobie.
Chrystus umarł za nas na Krzyżu, aby nas uwolnić, abyśmy nie byli niewolnikami niczego ani nikogo. Pamiętajmy o tym.
Nie jesteś już niewolnikiem, by się bać. Jesteś synem, córką Ojca Niebieskiego - Króla Wszechmocnego. Masz godność, która niezależna jest od żadnych okoliczności, która jest Ci dana raz na zawsze.
„I będę sławił Twe imię za łaskę i wierność Twoją, bo ponad wszystko wywyższyłeś Twe imię i obietnicę. Wysłuchałeś mnie, kiedy Cię wzywałem, pomnożyłeś moc mojej duszy. Wybawia mnie Twoja prawica. Pan za mnie wszystkiego dokona. Panie, Twa łaska trwa na wieki, nie porzucaj dzieła rąk swoich.” (Ps 138, 2b-3. 7e-8)
Mamy wszystko, aby żyć w wolności. Nie poddawajmy się już więcej w niewolę grzechu, złych przyzwyczajeń, naszych wyimaginowanych ograniczeń. Żyjmy pełnią życia, bo Bóg jest Życiem. On zawsze przynosi radość, pragnienie rozwoju, wiarę w to, że jeszcze możemy zdziałać tak wiele dobra. Łączność z Nim, zawierzenie Jego miłości otwiera Duchowi Świętemu drogę do naszych serc. Chrystus mówi dzisiaj w Ewangelii:
„Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę Paraklet nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, to poślę go do was.” (J 16, 7)
Zaprośmy więc Ducha Świętego do naszych wnętrz. Niech On przekona nas o tym, jak wielka jest nasza wartość, skoro Bóg oddał Swojego Syna Jednorodzonego dla naszego Zbawienia.