Wczoraj słuchałam konferencji arcybiskupa Grzegorza Rysia, w której wyjaśniał znaczenie różnych postaw i gestów używanych przez nas w czasie modlitwy. Jedną, z omawianych przez niego praktyk, był gest bicia się w piersi, który czynimy na Eucharystii, w czasie aktu pokuty. Wyraża on pragnienie skruszenia serca przed Panem. Ma na celu rozbicie wszystkiego, co oddziela nas od Boga, co się Jemu sprzeciwia, co sprawia, że nasze wnętrze staje się niedostępne dla Bożej łaski. Arcybiskup opowiadał o św. Hieronimie, który brał w tym momencie w rękę kamień i nim uderzał się w piersi, aby nie pozostało w jego sercu nic, co tworzy jakąkolwiek skorupę, przeszkodę, oddzielającą go od Boga.
W dzisiejszym psalmie słyszymy:
„Pan zawsze bliski dla skruszonych w sercu”. ( Por. Ps 34(33), 19a)
„Pan jest blisko ludzi skruszonych w sercu,
ocala upadłych na duchu.
Liczne są nieszczęścia, które cierpi sprawiedliwy,
ale Pan go ze wszystkich wybawia.
On czuwa nad każdą jego kością
i żadna z nich nie zostanie złamana.
Pan odkupi dusze sług swoich,
nie zazna kary, kto się do Niego ucieka”. (Ps 34(33), 19-20.21 i 23)
Możemy mieć pewność, że skruszone serce daje Bogu możliwość dostępu do naszego życia. Sprawia, że zdajemy sobie sprawę z tego, iż Go naprawdę potrzebujemy. Nie upatrujemy siły w nas samych, lecz pozwalamy, by to On stał się naszą mocą, tarczą, naszym Wspomożycielem. Dając Mu prawo do działania w naszej codzienności, możemy mieć niezachwianą pewność, że On nas prowadzi po właściwych ścieżkach i czuwa nad nami dniem i nocą.
O, jak bardzo pragnę kruszyć me serce przed Panem. Nie chcę, aby mieszkała w nim pycha, aby stawało się zatwardziałe na Jego natchnienia i głos.
Co powinnam robić, aby to pragnienie mogło się urzeczywistnić?
Na pewno potrzebuję wpuszczać do mego wnętrza Boże Słowo. Ono ma prawdziwą moc, jest żywe i skuteczne. Stopniowo przemienia moje kamienne serce w serce z ciała.
Wers przed Ewangelią mówi:
„Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”. (Mt 4, 4b)
Codziennie odżywiamy nasze ciało. Troszczymy się o wartościowe posiłki, o to by dostarczyć organizmowi odpowiednią ilość składników odżywczych. Czy zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że nasze serca muszą być także karmione? Ich życiodajnym pokarmem jest Boże Słowo. To Ono pozwala, by nie przestały kochać, by były miłosierne i zawsze otwarte na swego Stwórcę, aby nigdy nie skamieniały.
Jezus woła w dzisiejszej Ewangelii do Żydów:
„I Mnie znacie, i wiecie, skąd jestem. Ja jednak nie przyszedłem sam z siebie; lecz prawdomówny jest Ten, który Mnie posłał, którego wy nie znacie”. (J 7, 28b)
Znać Boga to wiedzieć, że On jest ponad wszystkim, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych, to oddać Mu należną pozycję w naszym życiu.
Owocem znajomości Pana jest odkrycie własnej tożsamości, swojego miejsca na tym świecie. Poznając Boga, jako Stwórcę Wszechrzeczy, zaczynamy widzieć siebie we właściwej perspektywie. Dociera do nas prawda, iż nie jesteśmy panami lecz stworzeniami – stworzeniami niezwykle cennymi w oczach Boga - Jego umiłowanymi dziećmi. Widząc własną małość, niedoskonałość, ale jednocześnie wielką godność, pragniemy kruszyć przed Bogiem nasze serca, by to On mógł w nich panować, by mógł nas prowadzić drogą, na której nie zbłądzimy.
Wołajmy o skruchę, o uniżenie przed Naszym Panem. Taka postawa otwiera Mu bramy do naszego życia, pozwala działać, przemieniać to wszystko, co jeszcze zatwardziałe. Dzięki niej Bóg może podnosić każdego z nas do swego policzka i opowiadać o swojej bezwarunkowej miłości.
Nie bójmy się sytuacji, które ukazują naszą biedę, nieporadność, grzeszność. One są doskonałą okazją, by runęły mury naszych serc, tak by mogły stać się one mieszkaniem Tego, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych - Pana Panów i Króla Królów.