Wczorajszy dzień był dla mnie dość trudny. W naszych relacjach z dziećmi dominowało rozdrażnienie, będące reakcją emocjonalną na ich nieposłuszeństwo. Dużo było niepotrzebnych utarczek słownych, bratersko – siostrzanych zaczepek, kłótni. Wszystko to, w połączeniu z moim kiepskim samopoczuciem, doprowadziło mnie do smutku. Do serca zaczęły wkradać mi się dołujące myśli, poddające w wątpliwość moje wychowawcze umiejętności.
Rozpłakałam się przed Panem, mówiąc Mu o tym wszystkim, co zrodziło się w moich myślach. Gdzieś głęboko we mnie rozlewała się pewność, że On słucha, że On o tym wszystkim wie i ma na to swoje wszechmocne sposoby.
Przed zaśnięciem, zgodnie z moim zwyczajem, sięgnęłam jeszcze po niedzielne czytania i wysłuchałam komentarzy do nich. Bóg okazał się po raz kolejny niesamowity, pełen zrozumienia, zatroskany. W Ewangelii przeczytałam:
„Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli”. (Mt 10, 29-31)
Zasnęłam pewna przekonania, że jestem w dobrych rękach, że wszystko ułoży się dobrze. Moje słabości ukazały się przed moimi oczami, jako szansa na to, by mogła objawić się Boża moc. Naprawdę, poczułam, że one są szczególnym miejscem, które pragnie wypełnić sam Bóg.
Na tym nie skończyło się doświadczenie miłości Ojca.
Po porannej Eucharystii, jak zwykle, prowadziliśmy z grupą znajomych ożywione rozmowy. W pewnym momencie mój Syn złapał mnie za rękę i powiedział, że musi mi coś pokazać. Po chwili tajemniczego milczenia zaprowadził mnie do miejsca, gdzie siedział malutki ptaszek. Biedaczek kręcił swoją malutką główką i otwierał co chwilę dzióbek. Nie widzieliśmy, jak mu pomóc. Pomodliłam się wierząc, że Pan Bóg, zgodnie ze swoim Słowem, widzi tego słodziaczka. Nagle pojawił się mój Mąż, który stwierdził, że ptaszek jest już na tyle duży, iż możemy spróbować go wykarmić w domu.
Przebywa teraz u nas. Właśnie słyszę jego odgłosy, dochodzące z pokoju Syna, który stał się jego głównym opiekunem. Nie jest to, co prawda wróbel, lecz sójka, niemniej, dla mnie jego obecność w naszym domu jest znakiem, iż Boże Słowo jest żywe, skuteczne i najprawdziwsze ze wszystkich na świecie słów.
Bóg uratował tego maluszka naszymi rękami, pokazując jednocześnie, że Jego ojcowska troska ogarnia wszystko, co na tym świecie, od takiego nieporadnego pisklaka, do człowieka, który także często okazuje się w różnych sytuacjach słaby i nieporadny.
Mam pewność, że jestem cenna w Bożych oczach, że Bóg wie dokładnie czego potrzebuję i ofiaruje mi to wszystko w odpowiednim czasie. Nie umiem opisać radości wypełniającej moje serce. Wynika ona z przekonania, że Bóg mnie widzi, że się o mnie troszczy.
Uwielbiam dzisiaj Pana wraz z prorokiem Jeremiaszem, który w obliczu doświadczenia obelg, prześladowań, spisków, śpiewał Najwyższemu hymny uwielbienia, pewien, że otrzyma od Niego stosowaną pomoc:
„Śpiewajcie Panu, wysławiajcie Pana! Uratował bowiem życie ubogiego z ręki złoczyńców”. (Jr 20,13)
Wierzę stuprocentowo słowom, wypowiedzianym przez Św. Pawła w drugim czytaniu:
„Ale nie tak samo ma się rzecz z przestępstwem, jak z darem łaski. Jeżeli bowiem przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich śmierć, to o ileż obficiej spłynęła na nich wszystkich łaska i dar Boży, łaskawie udzielony przez jednego Człowieka, Jezusa Chrystusa”. (Rz 5, 15)
Łaska Boża nie zna granic, nie zna miary. Ona płynie nieustannie, zalewając wszystkie nasze słabości, wątpliwości, rany. Wystarczy tylko otworzyć się na nią, stając w prawdzie i szczerości przed Tym, który zna nas lepiej niż my sami, który kocha miłością niewyobrażalną, wieczną, niezmienną, czekając aż uchylimy jej drzwi naszych serc.