Pamiętam, kiedy w czasie studiów nad małżeństwem i rodziną, pani psycholog oznajmiła nam, że pycha uchodzi z człowieka dopiero 15 minut po śmierci. Trochę mnie to wtedy zszokowało, a trochę rozbawiło. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad problematyką tej, jakże znanej każdemu z nas, przypadłości.
Wiemy dobrze, że niemal każde powiedzenie, czy przysłowie, ma w sobie ziarno prawdy, a niektóre mądrości ludowe stanowią, w pewnym stopniu, studium ludzkiej psychiki. Niestety także i to zdanie, wypowiedziane na wykładzie, w którym uczestniczyłam, okazuje się być niezwykle adekwatnym do naszej ludzkiej rzeczywistości.
Marzę o byciu pokorną. Bardzo źle czuję się w sytuacjach, w których dostrzegam, jak bardzo mi brakuje tej niezwykle cennej cnoty.
Wiem, że pycha blokuje miłość, stanowi przeszkodę dla Bożej łaski, a tym samym nie pozwala, by mogła zaistnieć w nas głębia relacji z Bogiem, którą On dla nas zaplanował.
W dzisiejszym pierwszym czytaniu św. Piotr zachęca nas:
„Wszyscy wobec siebie wzajemnie przyobleczcie się w pokorę, Bóg bowiem pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje”. (1P 5, 5b)
Pokora to, nic innego, jak prawda o tym, kim jesteśmy, świadomość własnej grzeszności, nędzy, ale także godności, jaką każdy z nas posiada – godności dziecka królewskiego. Pokorny człowiek nosi w sobie pewność, iż jest umiłowany przez samego Boga, odkupiony drogocenną Krwią Chrystusa, zbawiony całkowicie za darmo. Wie, że wszelkie dobro pochodzi od Boga i że tylko współpracując z Nim, czerpiąc z Jego miłości, jest w stanie naprawdę kochać. Znając swoją słabość otwiera się na "wielkość", która ma swoje źródło w Bogu. To wszystko sprawia, że nie wywyższa się ponad innych, nie pogardza nimi, ale także nie czuje się od nikogo gorszy. Zna swoje miejsce i wie, że jego życie ukryte jest w Bogu, że ma udział w Jego zwycięstwie nad grzechem i śmiercią.
Nie lęka się ludzkiej opinii, nie robi rzeczy na pokaz. Wie, że wszelka chwała należy się tylko Bogu.
Wiele lat temu, pochwaliłam pewnego młodego kapłana za homilię, którą wygłosił w czasie Eucharystii. On opowiedział mi wtedy, że mama uczyła go zawsze oddawać w takich chwilach wszelkie uznanie Bogu. Mówiła, żeby nie był nigdy, jak osiołek wiozący Jezusa do Jerozolimy, który widząc tłumy rzucające gałązki palmowe i krzyczące „Hosanna Synowi Dawida” myślał, że to wszystko na jego cześć.
Czyż nie zachowujemy się często jak taki, przekonany o swojej wspaniałości, osiołek?
Czyż nie chcemy zbierać owacji, podziękowań, uznania za naszą pracę, dzieła, które wykonaliśmy?
Z własnego doświadczenia wiem, że potrzeba mi bardzo wiele czujności, by w chwilach odnoszenia jakiś sukcesów, nie ulec pysze, nie dać się ponieść myśleniu o własnej doskonałości.
We wspomnianym Liście św. Piotra czytamy:
„Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży, szukając, kogo pożreć”. (1P 5, 8)
Diabłu zależy na odciągnięciu nas od Boga. Jedną z jego strategii jest utwierdzanie nas w pysze.
Pyszny człowiek nie potrzebuje przecież Boga, sam sobie radzi, wszystko zawdzięcza sobie.
Nie chcę wywyższać się sama. Przekonywanie innych o własnej wielkości, nie jest w stanie wnieść nic dobrego w moje życie. Może jedynie spowodować niesmak w moim sercu i przyczynić się do oddalenia od bliźnich. Wiem, że o wiele bardziej pożyteczne jest trwanie w uniżeniu przed Bogiem. Słowo mówi:
„Upokórzcie się więc pod mocną ręką Boga, aby was wywyższył w stosownej chwili”. (1P 5, 6)
Bóg ma moc wywyższyć każdego z nas, ale zawsze czyni to w chwili, gdy jesteśmy na to gotowi, gdy nie spowoduje to zachłyśnięcia się własnym geniuszem.
Nasz Ojciec zna nas najlepiej i wie, kiedy może przyjść w naszym życiu zauważenie, wywyższenie, pochwała, kiedy będą one nośnikiem prawdziwego dobra.
Jako ludzie ochrzczeni, jesteśmy powołani do wielkich rzeczy. W Ewangelii czytamy:
„Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami będą mówić; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie”. (Mk 16, 15-18)
Z trudem głoszenia Ewangelii związana jest obietnica doświadczania Bożej pomocy, znaków, cudów. Jest ona kierowana do nas wszystkich, bez wyjątku.
Czy jednak Bóg znajdzie w naszych sercach pokorę, by mógł czynić za naszym pośrednictwem znaki, oczekując, że nie staną się one powodem do szerzenia własnej chwały, ale do objawiania mocy i wielkości Tego, który jest dawcą wszelkiego dobra?