Nigdy nie byłam prześladowana za wiarę. Zawsze mogłam uczestniczyć bez przeszkód w Eucharystii. Nikt nie wyrzucił mnie z uczelni, nie wyśmiewał, nie wytykał palcami, nie pozbawił pracy, dlatego, że przyznawałam się do Chrystusa. Można powiedzieć, że nie doświadczyłam ucisku ze względu na wierność Bogu.
Dość często jednak zdarzają w moim życiu sytuacje, w których czuję się, jakbym była z innego świata, w których moja wiara i jej brak u drugiej osoby, stanowią barierę, która nie pozwala, by mogło zaistnieć prawdziwe, pełne spotkanie między nami. Nie jest ono możliwe, gdyż nasze światy nie przystają do siebie, gdyż mamy inne priorytety i to, co decyduje o naszych wyborach, sposobie życia, dla drugiej strony pozostaje czymś obcym, niedostępnym, może nawet dziwnym.
Kiedy rozmawiam z tymi, którzy wierzą, sprawa jest o wiele łatwiejsza. Mogę się z nimi dzielić tym, co przeżywam w moim wnętrzu, co uczynił dla mnie Bóg, mogę opowiadać, co robię, jakie są moje zainteresowania, dlaczego podejmuję takie, a nie inne.
Dla większości ludzi jednak to wszystko, co dla mnie najważniejsze, co jest sensem mojego życia pozostaje jakąś abstrakcją.
Można powiedzieć, że trudności, których doświadczam, są pewnego rodzaju normą dla większości ludzi żyjących wiarą. Ktoś, kto jest zanurzony niemal całkowicie w doczesności, żyje zupełnie innymi sprawami, niż osoba, która przeżywa swoje „tu i teraz” w zjednoczeniu z Bogiem, dla której świat duchowy jest tak samo istotny, jak to, co nas otacza, co dostępne naszym zmysłom.
Czyż to wszystko nie stanowi pewnego rodzaju ucisku, nie rodzi bólu, nie jest jakimś drobnym udziałem w cierpieniu Chrystusa?
Dzięki Bogu, w naszej kulturze, nie musimy umierać za wiarę, tak jak to dzieje się w wielu krajach na świecie i jak to miało miejsce w czasach pierwszych chrześcijan, o czym słyszymy dzisiaj w pierwszym czytaniu:
„Po śmierci Szczepana wybuchło wielkie prześladowanie w Kościele jerozolimskim. Wszyscy, z wyjątkiem apostołów, rozproszyli się po okolicach Judei i Samarii. A Szaweł niszczył Kościół, wchodząc do domów, porywał mężczyzn i kobiety i wtrącał do więzienia”. (Dz 8, 1b.3)
Musimy być jednak świadomi tego, że wiara w Jezusa rodzi zawsze jakiś rodzaj niezrozumienia ze strony innych osób, jest źródłem pewnego rodzaju dyskomfortu. Czasem może to być prawdziwe prześladowanie, czasem wyśmianie, dezaprobata, niezrozumienie.
Na początku mojego pobytu w Holandii, brak znajomości języka powodował, że nie mogłam swobodnie rozmawiać z innymi, wyrażać w pełni tego, co rodziło się w moim wnętrzu, co pragnęłam zakomunikować.
Podobnie jest często z naszą wiarą. Pan wlewa nam w serca myśli, które poruszają, głęboko dotykają, dają nadzieję, sprawiają, że widzimy pełniej i więcej. One, zmieniając nas, stają się skarbem, który pragniemy odkryć przed innymi. Czy jednak zawsze możemy liczyć na zrozumienie z ich strony? Czy to, co cenne dla nas, staje się także automatycznie ważne dla innych? Co więcej, czy słowa, których używamy nie są zbyt ubogie i ograniczone, by wyrazić to, co dzieje się w naszej duszy? Te wszystkie przeszkody i ograniczenia powodują pewien rodzaj cierpienia, które staje się naszym udziałem.
Myślę, że każde niezrozumienie, którego doświadczamy ze względu na wiarę, każde wystawienie się na negatywną ocenę, na uznanie za osobę niedzisiejszą, żyjącą w oderwaniu od rzeczywistości, może być dla nas okazją do jeszcze pełniejszego zawierzenia swego życia Bogu, do szukania w Nim oparcia, do złożenia w Nim całkowitej ufności.
Dzisiaj doświadczałam dużego smutku. Widziałam dużą przepaść, która oddziela dzisiejszy świat od tego wszystkiego, co Boże, co duchowe, która powoduje, iż będąc osobą wierzącą nie mogę do końca liczyć na zrozumienie ze strony innych. Rozpłakałam się przed Panem, wylewając przed Nim wszystkie moje żale:
I wtedy tak głęboko wybrzmiały we mnie słowa z Ewangelii:
„Wszystko, co Mi daje Ojciec, do Mnie przyjdzie, a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę, ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał. Jest wolą Tego, który Mnie posłał, abym nic nie stracił z tego wszystkiego, co Mi dał, ale żebym to wskrzesił w dniu ostatecznym”.(J 6, 37-39)
Poczułam głęboką ulgę, a moje serce napełnił prawdziwy pokój. Łzy przestały płynąć po moich policzkach. Po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że jestem umiłowana przez Boga, że On jest Tym, który nigdy ze mnie nie zrezygnuje, który pragnie dla mnie szczęścia nieprzemijającego.
Pragnę z Nim i dla Niego znosić wszelkie niedogodności, które pojawią się na mojej drodze. Najważniejsze, bym nigdy nie zagubiła się w doczesności, lecz żyjąc w niej kroczyła razem z moimi braćmi i siostrami pewną drogą do Nieba. Wierzę, że znajdziemy się tam wszyscy – zarówno ci, których wiara jest dojrzała, jak i tacy, którzy potrzebują jeszcze odpowiedzieć na zaproszenie Boga wzywającego ich do bliskiej relacji z Sobą.