Wielki Czwartek
Kiedy nasza córka ma brudne stópki, zazwyczaj pomagam jej przy ich umyciu. Przyklękam wtedy, pochylam się przed nią, bo tylko w ten sposób jestem w stanie dobrze wykonać zadanie, którego się podejmuję. Nie da się przecież umyć drugiemu człowiekowi stóp w postawie stojącej, wyprostowanej.
W dzisiejszej Ewangelii czytamy:
“Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła godzina Jego, by przeszedł z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty, syna Szymona, aby Go wydał, Jezus, wiedząc, że Ojciec oddał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do misy. I zaczął obmywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany”. (J 13, 1-5)
Chrystus, zbliżając się do szczytowego momentu swojego życia, pragnie ukierunkować nasze spojrzenie na miłość, nauczyć nas na czym polega jej istota.
Słowa “do końca ich umiłował” ukazują, że miłość nie jest czymś gotowym, ale pewnym procesem, który dokonuje się w ciągu naszej ziemskiej pielgrzymki. Miłość ma się rozwijać, przemieniać, by w końcu uczynić nas zdolnymi do przyjęcia służebnej postawy wobec bliźnich.
Na czym polega owa służebność miłości?
Chrystus przyklęka przed każdym z uczniów. On pragnie oczyścić każdego z osobna, indywidualnie. Chce, aby każdy poznał swoją godność, dostrzegł własne piękno, poznał prawdę o sobie.
Do tego właśnie zmierza miłość. Ona pomaga odkrywać własną tożsamość. Ona traktuje każdego człowieka indywidualnie. Nie ma w niej pychy, patrzenia z wyższością. Ona może realizować się tylko, gdy przyklękniemy przed drugim człowiekiem, porzucimy swoje mądrości i skupimy się na nim, na jego sytuacji, na jego potrzebach, gdy dostrzeżemy, co w danym momencie jest dla niego najlepsze. Miłość nie narzuca swoich pomysłów, lecz daje przestrzeń i czas, by ten drugi mógł w jej klimacie, we własnym tempie, wzrastać, przemieniać się.
Pociąga mnie taki sposób miłowania innych. Chciałabym także, aby moi bliźni kochali mnie taką Chrystusową miłością.
Niestety, my tak często próbujemy wywierać na ludziach presję, stawiamy im warunki, skupiając się tak naprawdę na sobie, na własnej wygodzie, na własnych korzyściach.
A w miłości chodzi o coś zupełnie innego – o przyklęknięcie przed drugim, uznanie go za równego sobie, o delikatne towarzyszenie, które pozwoli wydobyć piękno i dobro, które w nim tkwi.
Skąd mamy czerpać siłę, by miłować w taki sposób?
Chrystus brał ją z głębokiej relacji z Ojcem, ze świadomości, iż jest Jego umiłowanym Synem, że spoczywa w Jego troskliwych dłoniach.
Nie będziemy w stanie miłować innych służebną miłością, jeśli nie oprzemy się na Bogu, jeśli nie doświadczymy wcześniej Jego bezinteresownej miłości, jeśli nie zanurzymy się w Nim całkowicie, by odkryć własną tożsamość.
Tylko człowiek, który posiada siebie, zna swoją wartość może oddać siebie innym.
Nie szczędźmy zatem czasu na poznawanie samych siebie, na odkrywanie siebie w świetle miłości Ojca. Pozwalajmy, by świadomość Jego miłości wnikała głęboko w nasze serca i czyniła nas zdolnymi do miłowania bliźnich.