Bardzo lubię słoneczne dni. Światło, które emanuje blaskiem i ciepłem, wpływa doskonale na moje samopoczucie, dodaje sił do wypełniania codziennych obowiązków, ładuje moje emocjonalne i fizyczne baterie. Z drugiej jednak strony, kiedy promienie słońca zagoszczą w domu, ukazują wszystkie pyłki, kurze, ślady na meblach, niedociągnięcia, w wydawać by się mogło, czystych pomieszczaniach.
Podobnie jest, gdy pozwolimy Bogu rzucać promienie światła na nasze serca i dusze. Może okazać się, że mnóstwo tam jeszcze brudu i zamiecionych pod dywan śmieci.
Myślę, że z tego powodu wielu z nas nie chce zbliżać się do Boga, który jest światłem.
„Bóg jest światłością, a nie ma w nim żadnej ciemności.” (1J 1)
Wolimy ciemność, bo wtedy pozornie uspokajamy nasze sumienie i czujemy się bardziej „w porządku” wobec siebie i innych.
Spotkanie ze Światłem może okazać się bolesne, bo zrywa nasze maski, pozory dobroci, wywraca domki z kart, które pieczołowicie budowaliśmy w czasie naszego życia, ukazuje zranienia, które mają wpływ na nasz sposób postępowania i reagowania, ale z drugiej strony jest niezbędne, by pójść do przodu, by pozbyć się tego, co nas ogranicza i oddala od pełni relacji z naszym Stwórcą.
Ostatnio rozpoczęłam lekcje malowania u koleżanki. Po kilku spotkaniach i uwagach mojej nauczycielki, doszłam do wniosku, że sposób w jaki maluję, wynika z tego, jaka jestem. To, co ze mnie wychodzi, odsłania moje wnętrze, które ma w sobie jeszcze sporo ciemności, spraw wymagających uzdrowienia, naświetlenia Bożym światłem.
Nie jest to dla mnie jednak powodem do smutku. Traktuję to raczej jako szansę na zmianę, jako dar od Boga, który chce jeszcze tak wiele dokonać we mnie i przeze mnie. Chcę się trzymać obietnicy, o której mówi św. Jan w pierwszym czytaniu:
„Jeżeli zaś chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, to mamy jedni z drugimi współuczestnictwo, a krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu.” (1J 1, 7)
Bliskość Chrystusa pozwala mi dostrzegać, to wszystko, co mnie jeszcze ogranicza, co nie pozwala na osiągnięcie pełni w moim życiu, tutaj na ziemi, ale nie po to, by mnie pognębić, ale by mnie z tego obmyć, wyzwolić, by ofiarować mi łaskę do zmian, do pójścia naprzód.
Wszystkie nasze ciemności są okazją do objawienia się mocy Boga. Chrystus mówi w Ewangelii:
„Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię.” (Mt 11, 28)
Sami nie jesteśmy w stanie poradzić sobie z naszymi zranieniami, grzechami, ułomnościami charakteru. Często im zaprzeczamy, udając, że wszystko w naszym życiu jest w porządku albo poddajemy się i żyjemy pod ciężarem, który nas coraz bardziej przygniata. W jednym, jak i drugim przypadku pozwalamy, by ciemność kierowała naszym życiem. A przecież w ten sposób będziemy stać w miejscu, kręcić się w kółko i ciągle czuć niedosyt i niespełnienie. Tylko Chrystus – Światłość świata jest naszym ratunkiem, wyzwoleniem, Nadzieją na zmiany i Mocą, która pomoże je przeprowadzić.
jak bardzo go potrzebuję.
W nim moje ciemności już nie straszą;
Przenikasz je blaskiem swej miłości,
Pochłaniasz czerń, która paraliżuje.
Objawiasz moc i czynisz cud przemiany
nocy w dzień,
ciemności w światło,
niemocy w siłę,
smutku w radość,
serca mego w Przenajświętsze Serce Twoje.