Pamiętam, jak bardzo poruszał mnie w dzieciństwie fragment Ewangelii o niewiernym Tomaszu. Słowa Jezusa, które dzisiaj słyszymy:
"Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli”. (J 20, 29b)
wzbudzały we mnie radość. Czułam się dumna z tego, że uwierzyłam, choć nigdy nie zobaczyłam na własne oczy Jezusa. Tomasz schodził na dalszy plan. Wydawał mi się słabym, zbyt mało ufającym Jezusowi człowiekiem. Dziś, po wielu latach, patrzę na niego zupełnie inaczej. Podziwiam jego odwagę stanięcia w prawdzie, przyznania się do własnych wątpliwości.
Tomasz był tym, który niczego nie udawał. Wydobył na zewnątrz to, co mieściło się w jego sercu. Otwarcie zakomunikował, że potrzebuje znaku, dowodu, by uwierzyć w zmartwychwstanie. Świadectwo braci okazało się dla niego niewystarczające:
„Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę”. (J 20, 24-25)
Jezus nie zgorszył się zupełnie zachowaniem Tomasza. Wyszedł naprzeciw jego potrzebie. Pozwolił mu dotknąć swoich ran, doświadczyć ich głębokości. Dzięki przyznaniu się do swoich wątpliwości, Tomasz otrzymał możliwość wniknięcia w cierpienie, którego doświadczył Jezus. To pozwoliło mu, z właściwą dla niego szczerością, stwierdzić:
„Pan mój i Bóg mój”. (J 20, 28b)
Przykład Tomasza pokazuje piękną drogę od wątpliwości do głębokiej wiary. Przeszło nią już wielu ludzi. Często słucham świadectw nawrócenia różnych osób. Wiele z nich, znajdując się w beznadziejnej sytuacji życiowej, wołało do Boga, prosząc Go o jakiś znak: „Panie jeśli jesteś, daj mi to poczuć”, „Jeśli naprawdę mnie kochasz zmień moje życie”, „Nie ma we mnie wiary, proszę daj mi się poznać, jeśli istniejesz”. Te i inne, przepełnione często głębokim bólem, wyznania otwierały Boże serce, niejako „zmuszając” Boga do dania znaku.
Często zdarza się, że osoby, które doświadczyły takiej bardzo konkretnej Bożej interwencji, stają się niezwykle wiernymi, zakochanymi w Bogu chrześcijanami.
Nie powinniśmy nigdy bać się wątpliwości, które rodzą się w naszym życiu. One mogą stać się okazją do rozwoju naszej wiary, do przylgnięcia całym sercem do Boga. Najważniejsze jest, by ich nie ukrywać, ale otwarcie przedstawiać je Bogu. On na pewno wyjaśni, odpowie – bezpośrednio lub posyłając nam odpowiednich ludzi.
Nie wiemy, co było powodem rozterek Tomasza – być może jego charakter, sposób myślenia, który opierał się bardziej na rozumie niż na wierze, być może naturalna skłonność do dociekliwości, do badania spraw, a może zwyczajnie słabo rozwinięta wiara. Ważne jest to, że przyniósł siebie Chrystusowi takim, jakim był naprawdę.
Bóg wypełnił to, czego potrzebował i dał mu moc do składania świadectwa o Jezusie, które swój szczyt osiągnęło w śmierci męczeńskiej apostoła.
Bóg potrafi dotrzeć do każdego - i tego bardziej otwartego na niemożliwe i tego, który szuka potwierdzenia, znaków, sprawdzenia. Przesmykiem, przez który może wniknąć do naszych serc z wielką mocą, jest zawsze nasza otwartość i prawda. Ona stanowi początek szczerej relacji z Bogiem.
Podobnie jest w naszych ludzkich odniesieniach. Prawdziwe, oparte na wzajemnym szacunku, budujące nas relacje, powstać mogą tylko wtedy, gdy zaistnieje pełna otwartość i przejrzystość między osobami.