Pamiętam, że na początku pobytu w Holandii, byłam dość zamknięta na mieszkańców tego kraju. Gdzieś głęboko w sercu skrywałam brak zaufania do nich. Moja postawa wynikała, w dużej mierze, z obrazu, który wytworzyłam w swojej głowie na skutek, przekazywanych mi przez innych ludzi, informacji. Niestety wiele osób, i to głównie ze środowiska Kościoła, przedstawiało Holandię jako siedlisko zła i grzechu. Większość podkreślała to, co w niej sprzeczne z Bożymi prawami – a więc dopuszczalność aborcji, eutanazji, możliwość zakupienia, w tzw. “coffee shops “różnego rodzaju narkotyków. Pamiętam tylko jedną pozytywną opinię, wyrażoną przez dziewczynę, która doświadczyła wielkiej pomocy od pewnego małżeństwa.
Sporo czasu upłynęło zanim wyzbyłam się moich uprzedzeń i zaczęłam przyglądać się z ciekawością, jacy naprawdę są Holendrzy. Muszę przyznać, że sporo można się od nich nauczyć. Chociaż niezbyt dużo wśród nich ludzi wierzących, to jednak w większości przypadków, kierują się oni w codzienności solidarnością, odpowiedzialnością za drugiego człowieka, szacunkiem do pracy i siebie nawzajem. Wielu z nich cechuje zwyczajna ludzka uczciwość, zgodnie z którą, czymś zupełnie oczywistym jest przestrzeganie zasad, przepisów, ustalonych reguł.
Myślę, że nasze odgórne osądy, uprzedzenia mogą bardzo skrzywdzić drugiego człowieka, a jednocześnie zamknąć nas samych w świecie ciasnych wyobrażeń, nie pozwalając spojrzeć szerzej na otaczającą nas rzeczywistość.
W dzisiejszej Ewangelii czytamy:
“Gdy dopełniły się dni wzięcia Jezusa z tego świata, postanowił udać się do Jeruzalem, i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i weszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by przygotować Mu pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jeruzalem”. (Łk 9, 51-53)
Jezus nie został przyjęty w miasteczku zamieszkałym przez Samarytan ze względu na konflikt religijny, który istniał między Samarytanami a Żydami. Różnica poglądów, zdarzenia z przeszłości spowodowały, że mieszkańcy Samarii nie dali schronienia samemu Bogu, widząc w Nim kogoś obcego, innego, nieprzystającego do ich świata.
Najbardziej jednak w tej całej historii zdziwiła mnie reakcja Jakuba i Jana, którzy, słysząc o odmowie gościny, spytali Jezusa:
“Panie, czy chcesz, byśmy powiedzieli: Niech ogień spadnie z nieba i pochłonie ich? Lecz On, odwróciwszy się, zgromił ich”. (Łk 9, 54b.-55)
Myślę, że postawa apostołów nie jest nam – katolikom – obca. Ciągle jeszcze jest, w wielu ludziach wierzących, niechęci, a wręcz czasem agresji do tych, którzy myślą inaczej. Bardzo często zdarza się, że z góry odrzucamy, skreślamy pewne osoby tylko dlatego, że myślą inaczej, że mają inne poglądy.
Przyznam się szczerze, że mi kiedyś także zdarzało się “dawać fory”, czy bardziej ufać tym, którzy mieli światopogląd podobny do mojego. Na szczęście Pan Bóg wprowadził mnie na drogę dialogu i spoglądania z zaciekawieniem i otwartością na ludzi, którzy żyją trochę inaczej niż ja. W tej różnorodności widzę możliwość poszerzenia własnych horyzontów, wzajemnego ubogacania się. Wiem, że ja mogę dać wiele innym, ale także od nich mogę się bardzo dużo nauczyć.
Grunt to nie wywyższać się, nie zamykać w swoim świecie, lecz otwierać oczy i uszy, by podjąć dialog z innymi, pamiętając o treści refrenu psalmu responsoryjnego:
“Pan Bóg jest z nami, wszyscy się radujmy”. (Por. Za 8, 23)