Idąc przez życie dokonujemy wielu wyborów – niektóre okazje, sytuacje, relacje - omijamy szerokim łukiem, w inne bardzo chętnie wchodzimy, uznając je za pożyteczne i dobre. Posługując się językiem dzisiejszej Ewangelii, można powiedzieć, że na naszej drodze napotykamy różne bramy, lecz przekraczamy tylko te, w których, naszym zdaniem, czeka nas szczęście i spełnienie:
„Jezus przemierzał miasta i wsie, nauczając i odbywając swą podróż do Jerozolimy. Raz ktoś Go zapytał: „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?” On rzekł do nich: Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają.” (Łk 13, 22-24)
Wiele jest wokół nas bram, które stoją otwarte szeroko. Znajdują się w nich jacyś krzyczący głośno, próbujący przekonać nas na siłę do swoich racji, ludzie. Często propagują oni wyznawane przez siebie idee, podając je jako słuszne, nowoczesne, konieczne do przyjęcia – takie, bez których nie da się żyć w dzisiejszych czasach. Gdy nie przekroczymy progu takiej bramy, narażamy się na izolację, wyobcowanie, określenia typu: „staromodny”, „nie na te czasy”, „zacofany”.
Możemy napotkać także inne bramy – niedostępne, zamknięte na klucz. Widnieją na nich napisy: „Tylko dla uprzywilejowanych!”, „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony!” Brak klucza uniemożliwia nam wejście do takiego miejsca.
Pośród tych wielu różnych opcji, pomysłów na życie, idei, ideologii jest jedna brama inna niż wszystkie – wąska, dość niepozornie wyglądająca, jednak otwarta dla wszystkich. Nikt w niej nie krzyczy, nie próbuje do niej wciągnąć na siłę. Nikt nie zamyka nam jej przed nosem. Nie doświadczymy w niej, ani przymusu, ani wykluczenia.
Jest w niej coś pociągającego, coś co sprawia, że nie można przejść obok obojętnie. Przez wąski przesmyk wydobywa się Światło, które rozpala najgłębsze pokłady serca, które przyciąga delikatnie, zapraszając, aby dać się otulić jego promieniami.
Tym Światłem jest Chrystus i Jego miłość – miłość, która niczego nie narzuca, do niczego nie zmusza, lecz szepcze, aby jej spróbować, aby wejść w jej doświadczenie.
Gdy przekroczysz próg tej bramy, zawsze jesteś wolny – możesz pozostać, kroczyć dalej, albo wyjść na zewnątrz, zrezygnować.
Jakże piękna to perspektywa, jakże inna od naszych ziemskich pomysłów, które chcą usidlić, zatrzymać za wszelką cenę.
Przejście przez wąską bramę jest początkiem przygody, w czasie której stopniowo będziemy wchodzić w coraz głębsze zjednoczenie z Bogiem, pozbędziemy się wszystkich złudnych pomysłów na szczęście, a odkryjemy, że jedynym co może je nam przynieść jest miłość.
Ta przygoda nigdy się nie skończy. Doprowadzi nas, na końcu życia, do tej ostatecznej, prowadzącej do wiecznego obcowania z Bogiem, ciasnej bramy. Nie będzie ona dla nas jednak żadnym zaskoczeniem. Wejdziemy w nią pewnym krokiem - wszak wybraliśmy ją już o wiele wcześniej.
Idąc przez życie, dostrzegam wiele różnych bram:
jedne - milczące, zamknięte,
inne – szeroko otwarte, rozkrzyczane na całe gardło,
obiecujące łatwe szczęście, niezależności czar.
Pośród nich wszystkich jest jedna, dość niepozorna,
zawsze otwarta, jednak najwęższa ze wszystkich bram.
Choć nie krzyczy, nie próbuje wciągnąć na siłę,
coś w niej pociąga, coś ku niej pcha.
Bije z niej Światło nieznające zachodu,
wolność, która na wieki trwa.
Nie potrafię przejść obok niej obojętnie -
tam Miłość Boża, tam mogę kochać i ja.