Myślę, że wraz z upływem lat, zaczynam coraz bardziej rozumieć, jak bardzo potrzebuję cierpliwości. Wiem, że wszystko, co dobre i piękne wymaga czasu. Kiedy byłam młodą dziewczyną bardzo chciałam, aby rzeczy działy się natychmiast. Gdy zobaczyłam na wystawie ładną sukienkę, dążyłam do tego, by ją jak najszybciej kupić. Ucząc się w szkole muzycznej pragnęłam grać trudne utwory, niekoniecznie decydując się na poświęcenie odpowiedniej ilości czasu na ich wyćwiczenie.
Teraz patrzę na rzeczywistość trochę inaczej i szczerze przyznam, że coraz bardziej potrafię rozkoszować się oczekiwaniem. To w nim dokonuje się moja przemiana. To dzięki niemu Pan Bóg może wchodzić coraz bardziej w moje życie.
Małe kroczki dają mi ogromną radość. Pozwalają iść naprzód, bez narażania się na niebezpieczeństwo pominięcia tego, co istotne. Małe kroczki są zazwyczaj stabilne i pewne. Ten kto wykonuje skoki może czasem dotrzeć szybciej do celu, ale naraża się na ryzyko pominięcia tego, co może ugruntować i umocnić jego charakter, wiarę, relacje z innymi.
W dzisiejszym pierwszym czytaniu widzimy Izraelitów, którzy wchodzą na drogę grzechu właśnie przez brak cierpliwości i wiary w to, że Bóg działa nawet wtedy, gdy człowiek tego nie czuje, gdy nie doświadcza Jego obecności:
„I powiedział Mojżesz do Aarona: Cóż ci uczynił ten lud, że sprowadziłeś na niego tak wielki grzech? Aaron odpowiedział: Niech się mój pan nie unosi na mnie gniewem, bo wiesz sam, że ten lud jest skłonny do złego. Powiedzieli do mnie: Uczyń nam boga, który by szedł przed nami, bo nie wiemy, co się stało z Mojżeszem, z tym mężem, który nas wyprowadził z ziemi egipskiej. Wtedy rzekłem do nich: Kto ma złoto, niech je zdejmie z siebie. I złożyli mi je, i wrzuciłem je w ogień, i tak powstał cielec”. (Wj 32, 21-24)
Każdego dnia uczę się ufać Bogu pomimo braku natychmiastowych efektów moich starań, modlitw, pomimo braku szybkich odpowiedzi na pytania, które Mu stawiam.
Fascynuje mnie ta droga. Urzeka mnie to, że Bóg tak często nie daje gotowych rozwiązań, ale zawsze delikatnie podszeptuje kierunek, prowadzi za rękę, dając mi możliwość dokonywania wyborów, ochraniając przed tym, co złe, wiodąc ku temu, co dla mnie najlepsze.
Inaczej być nie może. Bóg jest mądry i wie, że każdy z nas potrzebuje gotowości i odpowiedniej dojrzałości, by wejść wyżej, by otrzymać więcej. Naszym zadaniem jest wykonywać każdego dnia kroki wiary, starać się codziennie zanurzać w Bogu i czynić to, co postawi przed nami jako zadanie.
Właśnie te zwyczajne drobinki dobra, które każdy z nas może podjąć, budują Królestwo Boże, przyczyniając się do jego wzrostu. Ono rośnie dzięki naszym, czasem nieporadnym, malutkim wysiłkom, które czynimy dla pomnożenia dobra. Wszystko, co z pozoru nieistotne, zwykłe, czasem niedocenione, jest odżywką, która pobudza roślinę Królestwa do wzrostu.
Raduję się drobiazgami: uśmiechem, który uda mi się skierować w stronę przechodzącego obok mnie człowieka, troską, którą obejmę leżącego na trawie, dziwnie zachowującego się bliźniego, życzliwą odpowiedzią na pytanie postawione przez kogoś, modlitwą za innych, rozmową z tymi, którzy jej potrzebują. Szczęściem napełniają mnie okruchy miłości, które wydobywają się z mojego, wciąż słabego i niedoskonałego, serca.
Wiem, że Bóg je przemienia, ale czyni to w takim tempie, jakie dla mnie jest przeznaczone – nie za szybko, niezbyt wolno, lecz wprost na miarę.