Bardzo lubię oglądać taniec klasyczny. Zachwycają mnie delikatne, zwiewne ruchy wykonujących go osób (szczególnie kobiet). Wszystko w nim układa się w piękną całość, przechodzi płynnie z jednego elementu w kolejny. Towarzyszący tancerzom uśmiech jest dopełnieniem niezwykłego wdzięku i finezji. Czasem puszczam wodze fantazji i, na miarę moich możliwości, tańczę, snując w wyobraźni cudowne obrazy. Nierzadko dołączam się też do smakujących tą sztukę dzieci (mojej córki Faustynki i jej koleżanki, która uczęszcza do szkoły baletowej). Takie chwile są dla mnie bardzo radosne. Niosą pokój i odprężenie.
Zastanawiam się, jak wyglądałaby nasza rzeczywistość, wzajemne odniesienia, nasza relacja z Bogiem, gdybyśmy wprowadzili w nią taką baletową lekkość, gdybyśmy nasze życie uczynili, przepełnionym wdziękiem i sprężystością, tańcem - bez spinania się, bez narzucania sobie zbędnych ciężarów, gdybyśmy, powtarzane przez nas tak często “muszę”, zastąpili “chcę”, “pragnę”.
Bóg wymaga od nas wiele, podobnie jak instruktor tańca, który szkoli przyszłych mistrzów baletu, jednak nigdy nie chce, abyśmy czynili coś przeciwko sobie, z zaciśniętymi zębami, za wszelką cenę, coś na co nie jesteśmy jeszcze gotowi. Naszym zadaniem nie jest wykonywać jakiś, założony z góry, plan czy projekt, ale zauważać okazje, które stwarza sam Stwórca i wchodzić w nie razem z Nim, w głębokim zaufaniu do Jego mądrości i miłości. Nasz Pan pragnie, abyśmy odczuwali rozkosz i radość żyjąc w Nim i z Nim. W dzisiejszym Psalmie słyszymy:
“Służcie Panu z weselem,
stańcie przed obliczem Pana z
okrzykami radości”. (Ps 100(99), 2)
Nie chodzi oczywiście o naiwne przyklejenie sobie uśmiechu i zaprzeczanie trudnym emocjom, ale o wewnętrzną radość, o pokój wypełniający serca, który sprawia, że idziemy wciąż naprzód, pełni entuzjazmu. Chodzi o lekkość w czynieniu dobra, o miłość, która nie jest przymusem, lecz naszym nieustannym pragnieniem, dążeniem, któremu nie potrafimy się oprzeć, które sprawia, że nasze życia nabierają głębokiego sensu.
Jakże często, my ludzie wierzący, chcemy, sobie lub innym, coś udowodnić, pokonać słabości siłą własnego charakteru, pokazać, że stać nas na więcej, że możemy lepiej. Jakże często zapieramy się siebie w sposób, który nie ma nic wspólnego z Ewangelią, który prowadzi do odrzucenia słabości, wyparcia się tego, czego w sobie nie akceptujemy.
Święty Jan zachęca nas dzisiaj do miłości:
“Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą”. (1J 3, 18)
W Miłości zawarta jest energia i siła. Ona rozlewa się w nas, niczym nawadniający suchą ziemię strumień, pozwalając podjąć ten niezwykły taniec, któremu na imię życie.
Ona nie krępuje, nie porównuje się z nikim, lecz działa uwzględniając nasz charakter, temperament, moment, w którym się znajdujemy. Bóg nie chce, abyśmy byli udręczeni miłowaniem, byśmy stawiali sobie cele przekraczające nasze możliwości i zasoby wewnętrzne. On prowadzi nas stopniowo. Poznając Go, doświadczając Jego obecności w każdym napotkanym człowieku, we wszystkich wydarzeniach, które stają się naszym udziałem, zaczynamy stopniowo rozluźniać nasze serca, by mogły kochać z coraz większą lekkością i zwinnością.
Zamknij oczy i wyobraź sobie, drogi Bracie i droga Siostro, piękny taniec, do którego zaprasza Cię sam Bóg. Wsłuchaj się w dźwięki, które do Ciebie dochodzą, wychwytuj rytm, który wytycza Twój Instruktor. Staraj się dopasować do niego Twoje ruchy, nasłuchuj, co do Ciebie mówi, ku jakim wyzwaniom Cię pociąga. One nigdy nie przekraczają Twoich możliwości, nigdy nie są ponad Twoje siły, ale na miarę Twojej kondycji duchowej, fizycznej i psychicznej, na miarę Twojego “teraz”.
A więc, tańcz z Bogiem i niech On Cię w tym tańcu prowadzi.