Poznałam, do tej pory, kilka osób, które z racji swojego nawrócenia, przylgnięcia do Pana Boga, doznawały lub nadal doznają niezrozumienia, a czasem nawet wyśmiewania i odrzucenia ze strony najbliższych.
Nasza wiara w Boga, życie zgodnie z Jego przykazaniami, podejmowanie różnych praktyk religijnych może być dla innych świadectwem, okazją do zatrzymania się, zastanowienia nad własnym życiem, ale także stać się powodem doświadczania przez nas prześladowań, złego traktowania ze strony innych osób.
Podążając drogą autentycznej ufności i wierności Bogu prędzej, czy później staniemy przed różnego rodzaju próbami i trudnymi sytuacjami.
Dzisiejsze pierwsze czytanie ukazuje nam Tobiasza, który pomimo dotknięcia ślepotą, trwa niezachwianie przy Bogu. Dla jego żony sytuacja ta staje się okazją do okazywania mu pogardy, poddawania w wątpliwość Bożej Opatrzności:
„A ona odpowiedziała: Gdzie są teraz twoje ofiary, gdzie są twoje dobre uczynki? Teraz jest już wszystko o tobie wiadome”. (Tb 2, 14b)
Jakże trudno musiało być Tobiaszowi, który stając w obliczu tak wielkiej próby, nie znalazł wsparcia u swojej żony.
Podobnie w Ewangelii widzimy Jezusa, który ciągle spotyka się z niezrozumieniem ze strony uczonych w Piśmie i starszych, próbujących znaleźć na niego „haczyk”, udowodnić Mu, iż Jego nauka jest niespójna:
„Uczeni w Piśmie i starsi posłali do Jezusa kilku faryzeuszów i zwolenników Heroda, którzy mieli podchwycić Go w mowie. Ci przyszli i rzekli do Niego: Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i na nikim ci nie zależy. Bo nie oglądasz się na osobę ludzką, lecz drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Czy wolno płacić podatek cezarowi, czy nie? Mamy płacić czy nie płacić”. (Mk 12, 13-14)
Każdy z nas wierzących, prędzej czy później, będzie musiał zmierzyć się z podobnymi sytuacjami. Niemożliwe jest przejść przez życie, podążając całym sercem za Chrystusem, nie doświadczając jednocześnie tego, co stało się Jego udziałem.
Dzisiaj, przed Eucharystią, zastanawiałam się nad sensem wszystkich trudności, które napotykamy w codzienności. One są naprawdę potrzebne. Autentyczna i silna może być tylko wiara wypróbowana.
Co byłoby, gdybyśmy kąpali się tylko w cudownych doświadczeniach Bożej Obecności, zawsze byli napełnieni radością po brzegi? Czy moglibyśmy wtedy powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że podążamy za Jezusem dla Niego samego?
Dopiero kiedy przychodzi jakiś trud, kiedy czyjeś zachowanie, oceny, słowa ranią nas dlatego, że jesteśmy Chrystusowi, możemy zobaczyć, gdzie jest rdzeń naszej wiary – czy w naszych doznaniach, czy w osobie Jezusa.
Poznanie Naszego Pana pozwala przejść przez wszystko, co związane z bólem, niedocenieniem, co goryczą, którą poją nas inni, ale także tą, która pojawia się w nas samych, jako efekt naszej słabej natury.
Starajmy się zawsze mieć oczy utkwione w Niego, serce w Nim zatopione, a wtedy nikt i nic nie będzie w stanie zniszczyć nadziei, którą w sobie nosimy. Nie rezygnujmy nigdy z modlitwy, z Sakramentów, ani w czasie naszych duchowych uniesień, ani w chwilach bolesnych doświadczeń. Pamiętajmy, że nie musimy nikogo na siłę przekonywać. Nie potrzeba nam z nikim walczyć. Wyboru Chrystusa, na swojego Pana i Zbawiciela, musi dokonać każdy, w całkowitej wolności.
„Niech Ojciec Pana naszego, Jezusa Chrystusa, przeniknie nasze serca swoim światłem, abyśmy wiedzieli, czym jest nadzieja naszego powołania”. (Por Ef 1, 17-18)