Dzisiaj, przed Mszą Świętą, obserwowałam jak pani kościelna zapalała świece przy ołtarzu. Najpierw jedna rozpromieniła się światłem, później druga, trzecia… i w końcu wszystkie ukazały swoje migocące płomienie. Pomyślałam wtedy, że to jest obraz Kościoła, w którym każdy ma płonąć światłem Chrystusa – jeden człowiek, drugi… całe rzesze ludzi ochrzczonych – każdy na miarę swojej wiary i zażyłości z Jezusem. Mamy też wzajemnie motywować się, by światło stawało się coraz wyraźniejsze, coraz bardziej rozpraszało mroki świata.
Czy jednak Kościół naszych czasów składa się z ludzi, którzy płoną, którzy ukazują niewierzącym, nieznającym Boga blask Chrystusa?
Czy Święty Paweł mógłby dzisiaj skierować do nas słowa, którymi rozpoczyna swój list do gminy chrześcijan w Kolosach?
„Paweł, z woli Bożej apostoł Chrystusa Jezusa, i Tymoteusz, brat, do świętych i wiernych w Chrystusie braci w Kolosach: łaska wam i pokój od Boga, Ojca naszego!” (Kol 1,1-2)
Czy jesteśmy, jako ludzie wierzący, święci i wierni?
Czy ja jestem święta i wierna?
Ostatnio rozmawiałam ze znajomym księdzem holenderskim. Dostał szansę ożywienia jednej z parafii w średniej wielkości mieście. Postawił na niezawodne środki: codzienną Eucharystię, Sakrament Pokuty i Pojednania, Adorację. Efekt? Pusty kościół. Niemal każdego dnia odprawia Mszę w towarzystwie aniołów i świętych, ale tych, którzy już wyprzedzili nas w drodze do Pana.
Zadaję sobie pytanie: dlaczego w dzisiejszym świecie tak mało ludzi głębokiej wiary? Dlaczego inni patrząc na nas ochrzczonych nie widzą Tego, który nas zbawił, który jest czystą miłością? Dlaczego tak trudno o nowe twarze w kościele?
Myślę, że wielu z nas, ochrzczonych, po prostu nie wierzy w realną obecność Chrystusa, w to, że On żyje i działa tu i teraz, że pragnie angażować się w życie każdego z nas, że jest Emmanuelem – „Bogiem z nami”. Panosząca się w ludzkich sercach niewiara, a wręcz czasem marazm duchowy, nie jest w stanie nikogo poruszyć, nikogo przekonać, nikogo pociagnąć do Chrystusa.
W odczytywanej dzisiaj Ewangelii Jezus uzdrawia teściową Szymona z gorączki, leczy także wszystkich przyniesionych do Niego chorych:
„Po opuszczeniu synagogi Jezus przyszedł do domu Szymona. A wysoka gorączka trawiła teściową Szymona. I prosili Go za nią. On, stanąwszy nad nią, rozkazał gorączce, i opuściła ją. zaraz też wstała uzdrowiona i usługiwała im. O zachodzie słońca wszyscy, którzy mieli cierpiących na rozmaite choroby, przynosili ich do Niego. On zaś na każdego z nich kładł ręce i uzdrawiał ich”. (Łk 4, 38-40)
Wszystkie choroby i słabości ustępują na jedno słowo Chrystusa. Nie mają nic do powiedzenia w obecności Tego, który włada potęgą.
Moc Chrystusa nie straciła nic na sile, ani skuteczności w dzisiejszych czasach. Nasz Pan pragnie nadal objawiać ją wobec ludzi. Potrzebuje jednak naszej wiary i zaufania Mu. Potrzebuje, abyśmy nie krępowali Go swoim zimnym, przyziemnym, pozbawionym otwartości na to, co duchowe, myśleniem.
Wierzę, że Kościół może znowu zapłonąć światłem Chrystusa. Może stać się dla świata czytelnym znakiem Jego zwycięstwa nad grzechem i śmiercią. Tak wiele jednak zależy od każdego z nas… Od tego, czy pozwolimy Mu na nowo rozpalić nasze serca ogniem Jego miłości. Czy pozwolimy, by Ewangelia mogła się urzeczywistniać w naszym życiu i dzięki naszemu świadectwu, także w życiu innych ludzi.