Wiele lat temu, w czasie mojej pracy w poradni rodzinnej, spotkałam dziewczynę, która była prostytutką. Szukała pomocy. Chciała wydostać się z „brudnego” świata, do którego weszła w poszukiwaniu lepszego statusu materialnego. Pochodziła z normalnej, lecz biednej rodziny. Jej najbliżsi nie byli w stanie zapłacić za studia, które podjęła. Sprzedając swoje ciało, zarabiała na opłaty za uczelnię oraz na własne wydatki. Prostytucja pozwoliła jej na posiadanie tego, czego wcześniej nigdy nie miała, z drugiej strony powodowała głęboki smutek i poczucie wstrętu do samej siebie. Próbowałam jej pomóc, prowadząc z nią długie rozmowy, będąc do jej dyspozycji, zbierając pieniądze na opłatę kolejnego semestru. Przyznam się, że ją polubiłam. Raz nawet pojechałam w odwiedziny do miejsca, w którym mieszkała razem ze swoją koleżanką – młodziutką, dwudziestoletnią prostytutką. Piłyśmy herbatę, jadłyśmy ciasteczka, rozmawiałyśmy, oglądałyśmy zdjęcia. Czułam się tam dobrze. Miałam nadzieję, że moja obecność pomoże im w podjęciu właściwych decyzji. Niestety, po kilku tygodniach moja znajoma przestała odpowiadać na telefony. Nie wiem, co się z nią stało. Jedyne, co mogłam w tej sytuacji dla niej zrobić, było otoczenie jej parasolem modlitwy.
Dość często spotykam na ulicy ludzi, którzy pogubili się w swoim życiu, którzy ukazują w sposób czytelny, iż mają problem z alkoholem, czy narkotykami. Zawsze wzbudzają oni we mnie głębokie współczucie. Do niektórych z nich udaje mi się podejść, by okazać zainteresowanie, zapytać, czy mogę im jakoś pomóc, powiedzieć dobre słowo, uśmiechnąć się. Innych powierzam Panu Bogu, prosząc by zatroszczył się o nich. Myślę, że tacy ludzie wołają o miłość. Fakt, że dotknęli dna, sprawia, iż nie mając już nic do stracenia, są czasem w stanie otworzyć swoje serce bardziej na Boga niż my, którzy mamy w miarę poprawne relacje z Najwyższym.
Widać to wyraźnie w dzisiejszej Ewangelii, w scenie powołania Mateusza:
„Jezus, wychodząc z Kafarnaum, ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego na komorze celnej, i rzekł do niego: Pójdź za Mną! A on wstał i poszedł za Nim”. (Mt 9, 9)
Mateusz nie potrzebował żadnych wyjaśnień ani zapewnień ze strony Jezusa. Wystarczyło Mu tylko to, że Jezus go zauważył, spojrzał na niego z miłością – taką, jakiej pewnie celnik nigdy w życiu nie doświadczył. To spotkanie, słowa wypowiedziane przez Mesjasza zaważyły na dalszym życiu mężczyzny. Całym swym sercem zwrócił się w stronę Jezusa. W Nim odnalazł swoje szczęście, sens egzystencji.
Jezus nigdy nie unikał grzeszników i ludzi, którzy uważani byli przez społeczeństwo za gorszych. Wręcz przeciwnie lgnął do nich, pragnąc okazać im zainteresowanie, miłość, chcąc ukazać, że są oni cenni w oczach Bożych. Sam powiedział przecież:
„Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”. (Mt 9, 12b. 13b)
Jestem pewna, że świat byłby zupełnie inny, gdybyśmy potrafili patrzeć na ludzi oczami Chrystusa, gdybyśmy nikogo nie oceniali, nie poniżali, nie wykluczali.
Dla Boga nie ma ludzi lepszych i gorszych. On kocha wszystkich nas tak samo i pragnie błogosławić tym sprawiedliwym i tym, którzy się pogubili.
Dzisiejsza Liturgia Słowa potwierdza to w pełni. Pierwsze czytanie ukazuje sprawiedliwego Abrahama, który nieustannie doświadcza Bożego błogosławieństwa:
„Abraham zestarzał się i doszedł do podeszłego wieku, a Pan mu we wszystkim błogosławił”. (Rdz 24, 1)
Werset przed Ewangelią oraz sama Ewangelia zachęca natomiast wszystkich odrzuconych, zagubionych i tych, którzy się źle mają do przyjęcia pokrzepienia i uzdrowienia, które pragnie im ofiarować Jezus:
„Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. (Mt 11, 28)
„Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i zasiadło wraz z Jezusem i Jego uczniami”. (Mt 9, 10)
Myślę, że każdy z nas może odnaleźć w sobie cząstkę posłusznego Bogu Abrahama, ale także grzesznego, poranionego celnika. Niezależnie od naszej duchowej kondycji jesteśmy zaproszeni, by przyjść do Jezusa, zasiąść z Nim do stołu w czasie Eucharystii i przyjmować to wszystko, co da nam pokrzepienie, co nas podniesie i umocni.