Czasem zdarzają się dni, kiedy nie mam ochoty na kontakt z drugim człowiekiem, na to, by odwiedzić znajomych, przyjąć kogoś w gościnę. Są to najczęściej chwile, gdy gorzej się czuję, jestem niewyspana, mam kiepski nastrój, gdy nie ma we mnie pokładów energii, by działać, rozmawiać, być z innymi. W takich momentach najchętniej omijałabym szerokim łukiem napotkanych ludzi. Niestety czasem ulegam tym moim niedyspozycjom i chowam się pod pokładem toczącego się życia, podobnie jak Jonasz – bohater dzisiejszego pierwszego czytania:
“Ale Pan zesłał na morze gwałtowny wiatr, i nastała wielka burza na morzu, tak że okrętowi groziło rozbicie. Przerazili się więc żeglarze i każdy wołał do swego bóstwa; wyrzucili do morza ładunek, który był na okręcie, by uczynić go lżejszym. Jonasz zaś zszedł w głąb wnętrza okrętu, położył się i twardo zasnął”. (Jon 1, 4-5)
Ucieczka Jonasza, próba odcięcia się od wydarzeń, które dzieją się na statku okazuje się być bardzo kiepskim pomysłem. Tonący, z powodu proroka okręt, może zostać uratowany tylko wtedy, gdy otworzy się on na swoich towarzyszy, gdy podejmie z nimi dialog i opowie im swoją historię. On jednak pozostaje jakby nieczuły, całkowicie zamknięty w swoim doświadczeniu, w swoim bólu.
Dopiero zachowanie dowódcy żeglarzy, który inicjuje rozmowę, przynosi rozwiązanie i ratunek:
“Przystąpił więc do niego dowódca żeglarzy i rzekł mu: dlaczego ty śpisz? Wstań, wołaj do twego Boga, może przypomni sobie Bóg o nas i nie zginiemy. Mówili też żeglarze jeden do drugiego: Chodźcie, rzućmy losy, a dowiemy się, z czyjego to powodu nieszczęście spadło na nas. I rzucili losy, a los padł na Jonasza. Rzekli więc do niego: Powiedz nam, z jakiego powodu ta klęska przyszła na nas? Jaki jest twój zawód? Skąd pochodzisz? Jaki jest twój kraj? Z jakiego jesteś narodu? A on im odpowiedział: Jestem Hebrajczykiem i czczę Pana, Boga nieba, który stworzył morze i ląd. Wtedy wielki strach zdjął mężów i rzekli do niego: Co ty uczyniłeś? - albowiem wiedzieli mężowie, że on ucieka przed Panem, bo im to powiedział. I zapytali go: Co powinniśmy ci uczynić, aby morze przestało się burzyć dokoła nas? Fale bowiem w dalszym ciągu się podnosiły. Odpowiedział im: Weźcie mnie i rzućcie w morze, a przestaną się burzyć wody przeciw wam, ponieważ wiem, że z mojego powodu tak wielka burza przeciw wam powstała”. (Jon 1, 6-12)
Każdy z nas potrzebuje kontaktu z drugim człowiekiem. Czasem, chwila rozmowy, uśmiech, szczere zapytanie: “Co u Ciebie słychać?” może okazać się niezwykle ważne dla obu stron – tego, kto rozpoczyna interakcję i tego, kto jest jej adresatem. Może przynieść pomoc, ukojenie, rozwiązanie sytuacji, zaspokoić pragnienia serca, wyzwolić dialog, który przyczyni się do pogłębianie relacji. Może być okazją do spotkania Boga, pogłębienia swojej wiary.
Oczywiście, że mamy prawo do intymności, do chwil samotności, ale myślę, że warto jest czasem poświęcić swoje potrzeby na rzecz bycia z bliźnim.
Opuszczenie mojej strefy komfortu bardzo często okazywało się błogosławieństwem zarówno dla mnie, jak i drugiej osoby. Ilekroć udało mi się pokonać pokusę tkwienia we własnym świecie, tylekroć mogłam doświadczyć głębokiej radości i pokoju oraz być świadkiem dobrostanu ludzi, z którymi podjęłam kontakt.
Bardzo chciałabym, aby moje serce było w każdej chwili gotowe na to, by nieść miłość moim bliźnim, by być dla nich przekaźnikiem Bożej miłości.
Bardzo często przypominam sobie zdanie z dzisiejszej Ewangelii:
“On rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”. (Łk 10, 27)
Rozpatruję je zawsze w kontekście słów z Pierwszego Listu św. Jana, który mówi, iż niemożliwym jest miłować Boga, którego się nie widzi, jeśli nie miłuje bliźniego, którego się widzi. (por 1J 4, 20)
Kochać Boga mogę tylko wtedy, gdy kocham bliźniego. Innej możliwości nie ma. Jeśli nie praktykuję zwyczajnych gestów miłości, dobroci, jeśli nie ma we mnie uważności na drugiego człowieka moja miłość do Boga pozostaje wciąż tylko mrzonką.