Wczoraj wieczorem, w czasie modlitwy, ogarnął mnie smutek połączony z pewnego rodzaju obawami i lękiem. Emocje te były efektem uświadomienia sobie, jak wiele jest jeszcze we mnie martwych obszarów, jak duże połacie mego serca zajmuje suchy ląd, który domaga się zroszenia ożywczym tchnieniem Boga.
Noc nie należała do najprzyjemniejszych. W czasie każdego przebudzenia doświadczałam rozterek, przeradzających się w wewnętrzny ból.
Poranek przyniósł jednak świeże spojrzenie. Wraz ze wschodzącym słońcem zobaczyłam, że to, co przeżywam nie oznacza końca, ale może być początkiem czegoś nowego, lepszego, dojrzalszego.
Gdy Chrystus ukazuje nam trudną prawdę o nas samych możemy próbować ją ukryć, odwracać się od niej, lekceważyć ją, wyznaczyć jej ostatnie miejsce w poczekalni naszych, domagających się rozpatrzenia, spraw. Albo też wykorzystać tą wiedzę - potraktować ją jako szansę na zmianę, na pokonanie tego, co nas ogranicza, co nie pozwala przebić się Bożej łasce.
Dzisiejsze pierwsze czytanie mówi:
„Czyż nie wiecie, że odrobina kwasu całe ciasto zakwasza? Wyrzućcie więc stary kwas, abyście się stali nowym ciastem, bo przecież przaśni jesteście. Chrystus bowiem został złożony w ofierze jako nasza Pascha. Tak przeto odprawiajmy święto nasze, nie przy użyciu starego kwasu złości i przewrotności, lecz na przaśnym chlebie czystości i prawdy”. (1 Kor 5, 6b-8)
Nasze powtarzające się grzechy, wady, do których przyzwyczailiśmy się przez wiele lat, słabości zamiatane „pod dywan” z nadzieją, że może jakoś cudownie znikną, zajmują przestrzeń naszych serc – przestrzeń, która mogłaby stać się przyczółkiem dla Bożej Obecności, z której mogłaby tryskać miłość.
Warto zatem potraktować momenty, w których dostrzegamy ten cały brud, nieporządek, kwas wewnętrzny jako błogosławieństwo. Warto przyznać się do tego wszystkiego, co nas szpeci i przynieść to Chrystusowi.
W Ewangelii czytamy:
„W szabat Jezus wszedł do synagogi i nauczał. A był tam człowiek, który miał uschłą prawą rękę. Uczeni zaś w Piśmie i faryzeusze śledzili Go, czy w szabat uzdrawia, żeby znaleźć powód do oskarżenia Go. On wszakże znał ich myśli i rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: „Podnieś się i stań na środku!” Podniósł się i stanął. I spojrzawszy dokoła po wszystkich, rzekł do niego: „Wyciągnij rękę!” Uczynił to, i jego ręka stała się znów zdrowa”. (Łk 6, 6-8.10)
Chrystus nie czyni cudu od razu, nie czyni go w ukryciu, gdzieś na uboczu. Angażuje bardzo mocno, w całą tą sytuację, chorego człowieka. Prosi, aby ten wyciągnął suchą dłoń. Chce , aby pokazał Mu to, co w nim martwe, pozbawione zdolności dawania miłości. Chce jego otwartości, przyznania się do własnych ograniczeń. Chce, aby wykrzesał z siebie odwagę do stanięcia twarzą w twarz z własną słabością.
Jakże cenna to nauka dla nas. Wynika z niej, że ukrywanie przed Bogiem, samymi sobą, wszystkiego, co w nas małe, grzeszne, nie daje nam szansy na odzyskanie zdrowia.
Dopiero stawanie przed Nim w postawie szczerości, odkrywanie przed Jego Obliczem naszych martwych stref, staje się dla nas szansą na doświadczenie zmiany, na wskrzeszenie.
Wykorzystujmy zatem każdy moment spotkania z własną małością do tego, by od razu przynosić ją Chrystusowi. Nie próbujmy sobie radzić na własną rękę, udawać, że nic nam nie dolega. Nie próbujmy zasłaniać się pobożnością, aktywnością, lecz stawajmy przed Nim w prawdzie. On zawsze pragnie ożywić to, co w nas martwe.
Może łatwiej byłoby się cofnąć,
schować uschłą dłoń,
przykryć skrzętnie długim rękawem,
nie pozwolić, by ktokolwiek ujrzał ją.
Może łatwiej byłoby zakryć przed sobą
światem i Tobą, Panie,
wszystko, co szpetne
i pozbawione soków miłości jest.
Może łatwiej…
Lecz Ty wołasz: „Podnieś się! Stań przede Mną!
Ja te martwe przestrzenie
moim tchnieniem wypełnić chcę!
I wnet całe moje wnętrze tętni odwagą, nadzieją…
I pragnie uczynić ten krok…
Oddać się Tobie, pomimo bólu…
Pozwolić byś do życia przywrócił,
uleczył mocą swą…